RADOSŁAW KORZYCKI:

Uważa pan, że wolny rynek stoi w sprzeczności z otwartym społeczeństwem. Aby ratować demokrację, rządy powinny regulować rynek, chronić ludzi przed nim?

GEORGE SOROS*:

Stany Zjednoczone są demokratycznym, otwartym społeczeństwem opartym na wolności. Jednocześnie amerykańska gospodarka opiera się na mechanizmach rynkowych, które zezwalają jednostkom na całkowitą swobodę działania, bez arbitralnej ingerencji rządu. Teoretycznie obie te wartości powinny się uzupełniać. Tymczasem jest między nimi głęboki konflikt, tak samo jak między tym, co jest wartością społeczną, a tym, co za wartość uznaje rynek. Rynkowy fundamentalizm zdominował amerykańską politykę od lat 80., czyli czasów prezydentury Ronalda Reagana.

I chyba Ameryka źle na tym nie wyszła. Co pan właściwie zarzuca wolnemu rynkowi?

Podstawową cechą rynku jest to, że jest on amoralny. Dolar jednego człowieka jest na nim wart tyle samo co dolar drugiego, bez uwzględnienia sposobu, w jaki ktoś tę sumę zarobił czy wszedł w jej posiadanie. To powoduje, że rynek tak sprawnie działa. Jego uczestnicy nie mają moralnych skrupułów. Dlatego zasady rynkowej gry nie mogą regulować społecznej zmiany, np. wpływać na procedury, jakimi ma się rządzić społeczeństwo. Tzw. niewidzialna ręka rynku bardzo szkodzi polityce, bo pozbawia ją wartości, bez których ta nie może funkcjonować.

O jakie wartości chodzi? Czy naprawdę amerykańska demokracja i jej wartości są zagrożone? To brzmi trochę abstrakcyjnie.

W USA polityka czerpie z demokracji reprezentatywnej. Ludzie wybierają swoich przedstawicieli, którzy operują mechanizmami władzy. Są agentami, którzy powinni występować w interesie ludzi. W rzeczywistości występują oni przede wszystkim w obronie własnych interesów. Wybór na burmistrza, kongresmena, senatora czy gubernatora, a już na pewno prezydenta, jest bardzo kosztowny. Kandydaci są potem zobowiązani głównie wobec swoich sponsorów. Ci, którzy nie chcą grać wedle tych reguł, nie mają szans na wybór i po prostu odpadają z tego konkursu. Oto sposób, w jaki pieniądze zanieczyszczają sferę publiczną w Ameryce i specjalne grupy interesu zwyciężają nad społeczną korzyścią.