Na wyspach, których dynamiczny wzrost był napędzany przez turystów z całej Europy, teraz obserwuje się największy w kraju spadek cen. Jak pisze dziennik, od pokoleń mieszkańcy nie widzieli zjawiska deflacji, gdyż masowy napływ turystów windował ceny w górę. Dla przybyszów z północy budowało się hotele, apartamenty i nowe sklepy. Kiedy kryzys zdławił branżę nieruchomości w całej Hiszpanii, a turystów z Niemiec i Wielkiej Brytanii nie było stać już na przyjazd, dla gospodarki rozpoczął się konsekwentny i szybki marsz w dół. Trwa on do dziś.

Indeks IPC (koszyka cen wybranych produktów konsumenckich) spadł tylko w październiku tego roku o 2 proc. w mieście Santa Cruz de Tenerife, „hiszpańskiej stolicy deflacji”. Nigdzie w tym kraju nie odnotowano tak drastycznego spadku cen niemal wszystkich produktów. Przedsiębiorcy, z którymi rozmawiał „El Pais” twierdzą, że ceny w większości branż w ciągu roku spadły o około 30 proc.

Po wielu latach boom-u gospodarczego w 2008 roku nadeszła recesja. Turyści z krajów, które także dotknął kryzys, zaczęli oszczędzać na wyjazdach wakacyjnych.  Podobnie jak w całej Hiszpanii, także na wyspach pękła bańka mieszkaniowa. Zupełnie niespodziewanie nastąpił gwałtowny spadek popytu na większość produktów oferowanych w handlu detalicznym, od artykułów spożywczych po mieszkania i sprzęt RTV-AGD. Przedsiębiorcy, nie widząc perspektyw na dalszy rozwój, zaczęli masowo zwalniać, co jeszcze bardziej osłabiło popyt.

Bezrobocie na Kanarach zmierza w kierunku 30 proc., wartości niewyobrażalnej dla państwa rozwiniętego. W przyszłym roku wcale nie będzie lepiej, ponieważ ekonomiści prognozują dalszy spadek cen i kontynuację załamania na rynku mieszkaniowym i turystyki. Jak powiedział dziennikowi „El Pais” Jose Luis Rivero, ekonomista z Uniwersytetu La Laguna, ludzie, którym udało się zachować pracę, rozpoczęli wielkie oszczędzanie. Przyłączyli się do tego nawet emeryci i urzędnicy państwowi. W taki sposób gospodarka została skazana na najgłębszą w Hiszpanii recesję.