Złoto w minionym tygodniu było najdroższe w historii i kosztowało 1122,85 dol. za uncję. Wynikało to jednak przede wszystkim z osłabienia dolara i aktywności zamkniętych funduszy inwestycyjnych. Inwestorzy szukali bezpiecznego schronienia przed kryzysem finansowym, kupując realne aktywa. Analitycy twierdzili wczoraj, że istnieje możliwość zwiększenia produkcji w 2010 roku w odpowiedzi na wzrost cen i w konsekwencji wieloletniej stagnacji wydobycia. W połączeniu z jakąkolwiek zwyżką kursu dolara może to doprowadzić do korekty kursu. Jednak długoterminowe ograniczenia podaży będą wspierały ceny.

– Podaż nie będzie decydującym czynnikiem, ale generalnie powinna wzmacniać kurs – powiedział William Tankard, starszy analityk ds. sektora wydobywczego w firmie konsultingowej GFMS, specjalizującej się w metalach szlachetnych. GFMS szacuje, że globalna produkcja złota wzrośnie w 2009 roku o 3,7 proc., do 2,55 tys. ton, w dużej mierze za sprawą intensywnego wydobycia w Indonezji. – To jednak jedynie zakłócenie trendu spadkowego, a nie zdecydowany zwrot w kierunku zwiększenia produkcji – mówi analityk GFMS. Mark Bristow, prezes firmy Randgold Resources, powiedział, że jakiekolwiek zwiększenie podaży w perspektywie krótkoterminowej będzie sztuczne – wynikające z marginalnych projektów wznowionych ze względu na wysokie ceny.

– Będziemy świadkami drobnych korekt, które utrzymają podaż przy życiu, ale fundamentalne czynniki rezerwowe słabną, zarówno jeżeli chodzi o jakość, jak i liczbę uncji – mówi Mark Bristow. Dotyczy to w szczególności Afryki Południowej, która do 2007 roku była największym producentem na świecie, a gdzie ekonomiczna racjonalność produkcji z głębokich, starzejących się pokładów jest kwestionowana. – Wydobycie rudy kosztuje więcej, a pracownicy dłużej muszą czekać na pracę – powiedział Mark Cutifani, prezes Anglogold Ashanti. I dodaje, że koszty rosną, a jakość jest coraz niższa.