Najtrudniejsza jest dziś sytuacja Łotwy. Ten ponaddwumilionowy nadbałtycki kraj ma za sobą kilka lat gospodarczego boomu napędzanego przede wszystkim napływającym do kraju w czasach prosperity tanim zagranicznym pieniądzem. Sen Łotyszy o szybkim dołączeniu do Europy skończył się wraz z pęknięciem bańki kredytowej. Łotewskie banki stanęły wówczas na krawędzi upadku, a zagraniczny kapitał zaczął zwijać swoją aktywność. Sytuację ustabilizowały nieco pożyczki Komisji Europejskiej (1,2 mld euro) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (7,5 mld euro), których głównym inicjatorem były państwa skandynawskie, bo tamtejsze firmy i banki zainwestowały u Bałtów sporo pieniędzy i liczyły na odzyskanie choćby ich części. Mimo takiej pomocy wstrząsu w realnej gospodarce nie dało się jednak uniknąć: łotewski PKB skurczył się w 2009 roku o prawie 20 proc., a w październiku agencja ratingowa Moody's postawiła Łotyszy obok Islandii i Węgier: trzech krajów, które najgorzej radzą sobie z gospodarczą recesją.

Krach szybko zaczął być odczuwalny także w łotewskich domach. Bezrobocie sięgnęło 17,4 proc. W dół poszły zarobki i ceny. Do rangi symbolu urosło bankructwo największego łotewskiego opiniotwórczego dziennika „Diena”, którego dobiła zapaść na rynku reklamowym.

W tak dramatycznej sytuacji rząd Valdisa Dambrovskisa stanął przed fundamentalnym problemem: co dalej z łotewską walutą łatem? Czy należy utrzymać powiązany z euro od 2005 roku kurs? Czy też lepiej machnąć ręką na ERM2, zdewaluować walutę, dając wytchnienie przedsiębiorcom, ale tym samym odłożyć na później sny o wstąpieniu do strefy euro?

Oba rozwiązania mają swoich gorących zwolenników. Część ekspertów uważa bowiem, że sytuacja Łotwy bliźniaczo przypomina to, co działo się w Argentynie po roku 1999, gdy rząd długo, ale bezskutecznie próbował utrzymać powiązanie z dolarem. Dopiero uwolnienie waluty w 2002 roku przyniosło pierwsze objawy ożywienia gospodarczego.

Inni przekonują z kolei, że Łotwa mogłaby porzucić ERM2 i ponownie powiązać łata z euro już po niższym kursie. Tak zrobiły w 1992 roku Wielka Brytania i Włochy, co pomogło im szybciej wyjść z recesji.

Jednak dla wielu obserwatorów porównania maleńkiej Łotwy z Argentyną czy Włochami nie mają sensu. Ich zdaniem Ryga powinna raczej zachować się jak Hongkong w czasie kryzysu azjatyckiego w 1997 i 1998 roku: zacisnąć zęby, pozwolić cenom i płacom spadać, czekając na powrót zagranicznego kapitału i dołączenie do upragnionego euro.

Skłócony łotewski rząd zdaje się aktualnie przychylać do tego ostatniego rozwiązania. Pod warunkiem rzecz jasna, że nie zostanie zmuszony do zmiany polityki pod wpływem rosnącego niezadowolenia społecznego lub utraty większości parlamentarnej.

W tym samym czasie dwa pozostałe kraje bałtyckie Estonia i Litwa robią wszystko, by odróżnić się od pogrążonego w kłopotach sąsiada. W tej grze dużo lepiej wypada na razie Tallin. Pod względem struktury kryzysu półtoramilionowa Estonia przeszła w ostatnich miesiącach podobny szok co sąsiednia Łotwa. Jednak w przeciwieństwie do południowego sąsiada Estończycy mogą się pochwalić dużo lepszymi perspektywami na terminowe przyjęcie euro. Ich największym atutem jest odpowiedzialna politykę budżetowa prowadzona od czterech lat przez rząd Andrusa Ansipa. To dzięki niej dług publiczny zamknie się w 2009 roku na poziomie poniżej 3 proc. PKB., a inflacja również zostanie utrzymana w ryzach. Za spełnienie kryteriów konwergencji w kryzysowym roku Tallin już spotkała nagroda: na początku listopada Komisja Europejska ogłosiła, że przystąpienie Estonii do strefy euro 1 stycznia 2011 roku jest realnym scenariuszem.

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Łotwą i Estonią znajduje się dziś największy z krajów bałtyckich Litwa (3,3 mln mieszkańców). Z jednej strony litewskie finanse publiczne są w dramatycznej sytuacji, a deficyt budżetowy może sięgnąć w tym roku nawet 8 proc. Z drugiej jednak rząd w Wilnie uchodzi dziś za bardziej stabilny i podejmujący lepiej skoordynowane działania na rzecz walki z kryzysem niż jego łotewski odpowiednik. Na korzyść Litwinów może zadziałać także troska europejskich elit polityczno-biznesowych o wizerunek i wiarygodność strefy euro. – Z punktu widzenia Europy wykolejenie się jednego z bałtyckich prymusów może być zakwalifikowane jako wypadek przy pracy. 

Ale utrata dwóch spośród trzech krajów byłoby niepotrzebną nonszalancją – pisał dwa tygodnie temu wpływowy londyński The Economist.