To, dlaczego Polska radzi sobie tak dobrze, jest pewną tajemnicą. Obecnie wydaje się, że gospodarka wzrośnie w tym roku o około 1 proc., choć niektórzy optymiści mówią o wzroście dwukrotnie wyższym. Dla porównania w pierwszych miesiącach tego roku niektórzy najbardziej pesymistyczni analitycy prognozowali spadek o 3 proc., a inni – gigantyczną falę bankructw słabych firm, która wywoła spiralę bezrobocia.

Przedstawiane przez wielu ekonomistów standardowe wytłumaczenie lepszych niż oczekiwano wyników polskiej gospodarki jest takie, że kraj ten ominęły najgorsze skutki spowolnienia, ponieważ jest mniej uzależniony od handlu niż sąsiedzi, tacy jak Słowacja i Czechy i że głęboka tegoroczna deprecjacja złotego pomogła eksporterom. Także środki podjęte przed kryzysem, jak obniżki podatków wprowadzone przez poprzedni rząd, zapobiegły załamaniu się wydatków konsumenckich.

Rostowski nazywa większość tych uzasadnień „nonsensownymi”. – Jeżeli przyjrzeć się wielu tym wytłumaczeniom, to większość z nich jest po prostu nieprawdziwa. Błędem jest mówić: „O, to z powodu stosunkowo zamkniętej gospodarki. Jak na duży kraj to wcale nie jest zamknięta gospodarka – mówi. – Na eksport przypada 40 proc. PKB, to drugi najwyższy odsetek po Niemczech, jeżeli chodzi o wielką szóstkę gospodarek Unii Europejskiej. Rostowski wskazuje również, że kraje takie jak Czechy i Szwecja także odnotowały znaczący spadek kursu swoich walut, ale oba nie uniknęły w tym roku recesji.

Jednym z głównych powodów polskiej odporności jest to, że kraj ma znacznie większą liczbę małych i średnich przedsiębiorstw (MSP) niż sąsiedzi – choć Rumunia, której gospodarka może się skurczyć w tym roku aż o 8 proc., także ma duży sektor MSP. Kluczową różnicę stanowi, jak się wydaje, spowolnienie z 2001 roku, które zahartowało sektor przedsiębiorstw i znacznie lepiej przygotowało je na obecny kryzys. Dowodem na większą odporność jest stopa bezrobocia, która według Eurostatu, europejskiej agencji statystycznej, wyniosła 8,2 proc.

– Sądzę, że to znacząca różnica w porównaniu z poprzednim cyklem koniunkturalnym – mówi Jacek Rostowski. – Mamy spowolnienie: wzrost PKB zmalał z niespełna 5 proc. w 2008 do nieco ponad 1 proc. w tym roku. W 2001 roku spadek był mniejszy – do 1,7 proc., a jednak w tamtym cyklu bezrobocie skoczyło z 10 do ponad 20 proc. Teraz mamy wzrost bezrobocia o 1,1 punktu procentowego.

Dobre wyniki Polski kontrastują z sytuacją w Niemczech. Tradycyjnie polska gospodarka rosła o 3,5– 4 proc. szybciej niż niemiecka, bo Polska goni zachodnie standardy życia po dekadach straconych pod rządami komunistycznymi. Jednak w tym roku różnica we wzroście gospodarczym powiększyła się do ponad 7 punktów procentowych. – Myślę, że to pokazuje prawdziwą odporność – mówi Jacek Rostowski.

Niektóre kroki po stronie politycznej, takie jak wprowadzona przez poprzedni rząd Prawa i Sprawiedliwości i – poparta przez cały parlament – obniżka podatku dochodowego, pomogły podtrzymać wydatki. Obecna koalicja, pod wodzą centroprawicowej Platformy Obywatelskiej, zaostrzyła system emerytalny, zwiększając średni wiek emerytalny o pięć lat, ale nie wiadomo, czy będzie to miało jakiekolwiek konsekwencje krótkoterminowe.

Bardziej istotne były kroki podjęte przez rząd, wraz z innymi nowymi państwami członkowskimi UE, by poskromić protekcjonistyczną retorykę dobiegającą z Europy Zachodniej w pierwszych miesiącach kryzysu i uspokoić rodzime obawy, że międzynarodowe grupy bankowe odetną polską gospodarkę od środków finansowych. – Cała ta histeria na temat tego, że wyprowadzą stąd kapitał, okazała się głupia – mówi minister Rostowski.

Obniżenie wydatków o prawie 1 punkt procentowy PKB i wynegocjowanie z MFW linii kredytowej w wysokości 20,6 miliarda dolarów pomogło ustabilizować złotego i uspokoiło międzynarodowych inwestorów. – Uważaliśmy, że kluczowe jest pokazanie naszego przywiązania do pryncypiów rynkowych – mówi. Gdy jednak najgorszy etap kryzysu przechodzi do historii, wciąż nie ma zdecydowanego wytłumaczenia, dlaczego Polska okazała się w tym roku najlepszą gospodarką UE.