Nie można jednoznacznie wskazać przyczyn tej słabości. Mark Mobius (zarządzający funduszami Templeton) ostrzegł inwestorów na świecie, że 20-proc. korekta nie powinna być niespodzianką, ale okazją do zakupów. Przy okazji wymienił kilka miejsc, w których - jego zdaniem - tych zakupów warto dokonywać z potencjałem wzrostu o 30-40 proc. rocznie. Polski w kręgu zainteresowań znanego zarządzającego nie było (może i lepiej; z tego, że Mobius jest analitykiem znanym, nie oznacza jeszcze, że nieomylnym). Ale trudno uznać to za choćby pretekst do realizacji zysków. Dane z krajowego podwórka też nim nie były. Po pierwsze niezmiernie rzadko zdarza się, by rodzime indeksy reagowały na dane GUS. Te dzisiejsze nie były zresztą złe - spadła dynamika wynagrodzeń (realnie jest ujemna), ale za to nie zmieniła się skala zatrudnienia (w porównaniu do września), co jest informacją, w którą jeszcze trzy cztery miesiące temu trudno byłoby uwierzyć.

Co więc zadecydowało? Zapewne technika. Po wzroście z poniedziałku i ustanowieniu nowych szczytów ruch nie był kontynuowany, bo trudno wczorajszą czy poranną próbę uznać za przekonującą. Inwestorzy wystraszyli się więc, że dobra atmosfera wyczarowana po zaskakująco dobrej sesji poniedziałkowej, wyparuje. Na domiar złego WIG20 bez problemu przełamał dziś wsparcie (w okolicach 2415 pkt), co mogło być odczytane jako sygnał wyjścia z rynku, lub przynajmniej jako ostrzeżenie, by wstrzymać się z zakupami. W końcówce sesji wpływ na inwestorów miały dane z USA, gdzie liczba wydanych pozwoleń na budowę i liczba budów rozpoczętych była znacząco niższa od oczekiwań analityków. GPW zareagowała nerwowo, choć naturalnie w tych okolicznościach.

To raczej spokojne zmiany na parkietach Europy Zachodniej były zaskoczeniem w reakcji na dane z USA. Tym bardziej, że towarzyszył im komunikat o wzroście inflacji CPI (o 0,3 proc.) powyżej oczekiwań rynkowych. Ale nie ma się co spierać, kto ma rację - na GPW mocny spadek, w Europie słabe zwyżki, które przeszły pod koniec dnia w równie rachityczną przecenę, w USA dzień zaczął się od niewielkiej zniżki indeksów. Końcówka tygodnia może nam sporo rozjaśnić jeszcze. Euro odrabiało dziś straty i ponownie kosztowało prawie 1,50 USD. Prawie, robi jednak sporą różnicę. Mija już miesiąc mocowania się z tą okrągłą barierą i mimo coraz liczniejszych opinii, analiz i prognoz skazujących dolara na spadek, ten nie jest pogłębiany. U nas dolar kosztował dziś mniej niż 2,75 PLN, euro podrożało powyżej 4,10 PLN, a frank 2,716 PLN.

Cena baryłki ropy ponownie podeszła pod 80 USD, ale nie przekroczyła tego poziomu obecnego w komentarzach już od dwóch miesięcy. Złoto na fali wznoszącej podrożało dziś do 1150 USD. Kruszec ten nie potrzebuje w tej chwili żadnych pretekstów do wzrostu ceny, ale warto pamiętać, że również korekta może zacząć się bez ostrzeżenia, a wskaźniki techniczne są już mocno wykupione. Miedź podrożała o kolejnych 0,9 proc.