Pierwszym takim sygnałem była przeprowadzka funduszu K1 na brytyjskie Wyspy Dziewicze po odrzucemiu jego wniosków przez niemieckiego regulatora. To powinno uczulić banki na ryzyko robienia interesów z Kienerem – uważa Harlad Glander, adwokat z Frankfurtu specjalizujący się w prawodawstwie rynków kapitałowych.

„Banki to nie babcia z drugiej strony ulicy. Kiedy inwestorzy, w tym banki, kupują takie struktury, mają obowiązek przeprowadzenia due diligence” – mówi Glander pracujący obecnie w Londynie dla firmy prawniczej Norton Rose.
Kiener został aresztowany 28 października pod podejrzeniem oszustw finansowych przeprowadzanych przez jego grupę K1 inwestującą w fundusze hedgingowe. Osoby zapoznane ze sprawą twierdzą, że naciągnął on banki Barclays, BNP i JPMorgan Chase na 400 mln dolarów. 

Zdaniem niemieckiej prokuratury pieniądze pożyczane w bankach były kierowane do funduszy, które następnie transferowały je na Wyspy Dziewicze, do firm K1 Global i K1 Invest, lub kierowane na pokrycie wystawnego stylu życia Kienera.

Edward Stadum, który przed rokiem zaczął badać sprawę Kienera mając w planach joint venture z jego firmą, natrafił na zaskakujące nieprawidłowości, o których poinformował niemieckiego regulatora finansowego BaFin. Natomiast BaFin już w 2001 roku, i w 2003 roku zakazał Kienerowi gromadzenia inwestycji dla funduszy K1, gdyż nie miały one licencji. Kiedy fundusze wyniosły się za granicę, BaFin wydał nowe zakazy, obalone potem w niemieckim sądzie. Informacje o tych działaniach niemiecki regulator zamieścił na swej stronie internetowej, gdzie je można odczytać do dzisiaj. 

Wedlug Staduma, byłego prawnika, operacje Kielera „ mógł bardzo łatwo zrozumieć specjalista od due diligence, ale nigdy nie pojawiło ostrzeżenie, że sprawy idą w niewłaściwym kierunku”.

Banki “zazwyczaj bardzo, bardzo dokładnie prześwietlają swoich potencjalnych partnerów biznesowych” – dodaje Ludger Verfuerth, prawnik w firmie DLA Piper w Hamburgu.