Stocznia została sprzedana rosyjskiemu inwestorowi, Witalijowi Jusufowi, który zmienił jej nazwę na Nordic Yards. Obiecał znaleźć nowe kontrakty do końca roku, ale jak na razie nic z tego nie wyszło.

>>> Czytaj też: "Jak Rosjanin wykupił niemieckie stocznie"

Stocznie w całej Europie Północnej zmagają się ze spadkiem zamówień. Wiele z nich musiało ogłosić upadłość. W sierpniu duńska AP Moeller-Maersk, która w 2008 roku zanotowała stratę w wysokości 107 mln dol., ogłosiła zamknięcie stoczni po sfinalizowaniu ostatnich zamówień. Niemiecka Hegemann Group musiała zwrócić się o pomoc do państwa, zaś Lindenau z Kilonii przeszła we wrześniu ubiegłego roku pod zarząd syndyka.

Te upadłości przybrały taką skalę, że Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju obawia się, że może to osłabić ożywienie gospodarcze w niektórych częściach Europy. Pytanie brzmi, czy destrukcja miejsc pracy i mocy produkcyjnych w przemyśle stoczniowym jest rezultatem spowolnienia gospodarczego, czy też stocznie utrzymywały się dotąd dzięki nadmiernemu boomowi ostatnich lat. Rząd landu Meklemburgii-Pomorza, w którym znajdują się zarówno stocznie Nordic Yards, jak i Hegemanna, traktują ich problemy jako tymczasowe. W maju podżyrował nowe kredyty dla stoczni Wadan, która potem upadła, i pożyczył pieniądze Hagemannowi, który twierdził, że jego kłopoty są spowodowane kryzysem finansowym. Jednak eksperci branżowi twierdzą, że prawdziwą anomalią jest fakt, że w ostatnich, tłustych latach europejskie stocznie w ogóle były w stanie konkurować.

Charles Morrison, dyrektor londyńskiego Breamer Shipping, twierdzi, że kryzys nie zniszczy całkiem europejskiego przemysłu stoczniowego. Wciąż może on odnaleźć się w niszy, o którą stocznie chińskie lub południowokoreańskie nie będą chciały się ubiegać.

– Każdy, kto dalej będzie się trzymał kontenerowców lub masowców, jest skazany na porażkę – podkreśla Charles Morrison.

Menedżerowie z Wismaru twierdzą, że stocznia, założona w 1946 roku pod okupacją radziecką, należy obecnie do najnowocześniejszych na świecie. Jednak Thorsten Bieg, partner w firmie Brinkmann & Partner z Hamburga, która nadzorowała upadłość stoczni, uważa, że mogła ona wygrywać nowe zlecenia na kontenerowce, ponieważ portfele azjatyckich stoczni były pełne, więc efektywna konkurencja była ograniczona.

– Gdy walka znów się rozpocznie, myślę że niemieckie i europejskie stocznie będą miały w niej niewielkie szanse – mówi Thorsten Bieg.