Do tego dojdzie spadek inflacji (pewnie już od stycznia, najpóźniej od lutego). I to wszystko w znacznej mierze dzięki efektowi niskiej bazy. Obyśmy tylko nie wpadli w tę statystyczną pułapkę. W drugiej połowie roku statystyka może nam wykręcić niezły numer. Gdy przestaniemy się porównywać z miesiącami, kiedy kryzys był najgłębszy, dynamiczne ożywienie może zamienić się w stagnację. Bo sęk w tym, że to nie statystyka decyduje o sile gospodarki.

Kryzys naprawdę się skończy, kiedy przedsiębiorcy zaczną inwestować. Na razie niewiele na to wskazuje, firmy nie mają potrzeby zwiększania swoich mocy produkcyjnych. Choć to prawda, że ten rok pewnie zakończymy ze wzrostem inwestycji. To nie będzie jednak świadczyć o poprawiającej się kondycji polskich przedsiębiorstw – a raczej o potędze jednej ze sportowych dyscyplin. Czy rząd byłby tak mocno zmotywowany do inwestowania w infrastrukturę, gdyby nie Euro 2012?