Niepewność, która towarzyszyła nam w pierwszej połowie 2009 roku, można chyba porównać tylko ze wstrząsami wywołanymi przez szok naftowy w latach 70. albo wręcz z Wielkim Kryzysem lat 30. Co prawda kryzys się jeszcze nie skończył, ale wiele wskazuje na to, że kolejne jego fazy będą bardziej przewidywalne i mniej burzliwe. W moim przekonaniu główne ryzyko znajduje się po stronie czynników zewnętrznych. Problemów krajowych bym nie bagatelizował, ale jeśli uda nam się uniknąć poważniejszych błędów, a na świecie będzie wracała koniunktura – będzie dobrze.

>>> Czytaj też: Szefowie europejskich przedsiębiorstw spodziewają się kolejnego trudnego roku

Przydałoby się wyjaśnienie, co to znaczy, że „będzie dobrze”. W roku 2010 uznałbym, że takim terminem można opisać sytuację, w której nie wydarzy się żadna katastrofa, a polska gospodarka, szczególnie w drugiej połowie roku, wejdzie w fazę ożywienia, które tworzy miejsca pracy. To, co Polska powinna zrobić, to przede wszystkim udowodnić, że jest stabilna fiskalnie, czyli umie i jest w stanie zatrzymać narastanie długu. O ile w samym 2010 roku prawdopodobnie nie uda się zmniejszyć długu, o tyle w tym roku powinny zostać podjęte działania, które w sposób wiarygodny pokażą, że Polska wchodzi na ścieżkę wygaszania długu i deficytu. I to jest swego rodzaju zadanie minimum, które powinno zabezpieczyć nas przed ryzykiem wstrząsów wywołanych przez nas samych.

>>> Czytaj też: PKB naszego kraju kolejny rok będzie rósł najszybciej w UE

Po stronie zewnętrznej znaków zapytania jest znacznie więcej. Z kryzysu finansowego w roku 2010 pełną parą wkraczamy w kryzys fiskalny. Pytanie, jak główne gospodarki świata sobie z tym poradzą. W ostatnich dniach 2009 roku Japonia otrzymała ostrzeżenie od jednej z agencji ratingowych, że może stracić obecny poziom ratingu ze względu na rosnące zadłużenie. Jak wiadomo, deficyt i dług to nie tylko problemy Japonii, to także wyzwania dla Wielkiej Brytanii, USA, Hiszpanii, nie wspominając o Grecji czy Portugalii.

>>> Czytaj też: Rok 2009 w finansach