Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego, napisał ostatnio w niemieckiej gazecie „Bild”, że „zaufanie to słowo kluczowe dla 2010 roku”. Opinia publiczna w Niemczech – największej gospodarce Europy – jest nastawiona znacznie mniej fatalistycznie niż np. Brytyjczycy, których kraj nie stosuje euro. Spełnienie się słabych, ale dodatnich prognoz wzrostu dla strefy euro nie byłoby złym wynikiem, bo to jeden z najbogatszych i najbardziej stabilnych regionów świata. Z uwagi jednak na wiele stojących przed nim wyzwań, prezes Trichet powinien był ostrzec także przed nadmiernym zaufaniem. Po pierwsze dlatego, że dług publiczny szybuje w górę, a projekcje Komisji Europejskiej (uwzględniające starzenie się ludności) są przerażające.

Cięcia wydatków są dla kontynentalnego modelu ekonomicznego większym zagrożeniem niż w USA czy w Wielkiej Brytanii, bo sektor publiczny odgrywa tam znaczniejszą rolę. Rozwiązań, które zapobiegły głębszej recesji – subsydiowaniu rynku pracy i szczodrego systemu socjalnego – w przyszłości nie da się utrzymać. Po drugie – chodzi o problemy poszczególnych państw. Grecja przyrzeka reformy finansowe, ale być może nie uda się jej uciec przed koniecznością szukania wsparcia w UE i Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Dążący do cięć płac rząd Irlandii wkracza na drogę pełną zagrożeń. W Hiszpanii również eksplodował deficyt budżetowy, a we Włoszech relacja długu publicznego do PKB jest podobna jak w Grecji. Po trzecie – w „bazującym na zasadach” systemie rządzenia strefą euro są pęknięcia.

Ponieważ nie ma ona jednej władzy politycznej, punkt odniesienia stanowi napisany w spokojniejszych czasach pakt stabilizacji i wzrostu. Jego wiarygodność jest jednak zagrożona. Analitycy Danske Bank za nierealistyczne uważają nadzieje, iż w ciągu 10 lat liczne kraje UE obniżą dług publiczny do niespełna 60 proc. PKB. Dla niektórych nawet zejście poniżej 100 proc. „może się okazać trudne”. Po czwarte – wskutek działań rządów bezrobocie rośnie mniej gwałtownie niż w USA, ale z wyższego poziomu. Ciągle marne perspektywy znalezienia pracy, zwłaszcza przez młodych, zwiększą napięcia społeczne i osłabią wzrost. Po piąte – zalecane od dawna przez EBC prowzrostowe reformy strukturalne mogą napotykać silniejszy opór. W końcu sztywność rynków pracy to jeden z powodów, dla których strefa euro wychodzi z recesji wcześniej niż USA i Wielka Brytania. Po szóste – EBC „strategię wyjścia” z podjętych w 2008 r. nadzwyczajnych rozwiązań musi wprowadzić tak, żeby zachęcać banki do uporządkowania swoich finansów bez tworzenia świeżych zagrożeń systemowych. 

>>> Czytaj też: Irlandia i Grecja wyjdą ze strefy euro?

Niektórzy w EBC obawiają się, że może to na dłuższą metę stwarzać zagrożenia inflacyjne. Inni jednak, powołując się na doświadczenia Wielkiego Kryzysu, przestrzegają, że może być odwrotnie: że inflacja będzie uporczywie niższa od celu EBC (poniżej, ale blisko 2 proc.). Po siódme – ciągle jest groźba umocnienia euro, zwłaszcza jeśli „strategię wyjścia” EBC wprowadzi szybciej niż Fed. Sam EBC ma wątpliwości, czy Chiny zezwolą na aprecjację swojej waluty, co ułatwiłoby życie eksporterom. Po ósme – politycy muszą zrobić co tylko w ich mocy, żeby osiągnąć kompromis w sprawie przyszłości nadzoru bankowego. Zdaniem prezesa Tricheta, obecnym planom daleko do ideału: EBC chciałby mieć większą rolę w nadzorowaniu głównych banków. Jeśli jednak nie uda mu się przezwyciężyć brytyjskiego sceptycyzmu co do większego zakresu paneuropejskiej kontroli, to należy mu tylko życzyć szczęścia. No i po dziewiąte – w kwietniu, kosztem 500 mln euro, we Frankfurcie zaczyna się budowa nowej siedziby EBC. To wielkie wyzwanie, bo powinna być ona zarówno symbolem epoki wyrzeczeń, jak i wzbudzać zaufanie.

>>> Czytaj też: Czy Hiszpania zbankrutuje?