Jednocześnie zdecydowali, że internauci z Państwa Środka uzyskają dostęp do wszystkich zakazanych wcześniej treści, dotyczących m.in. masakry na placu Tiananmen, Dalajlamy czy ruchu Falun Gong. Wczoraj rano po raz pierwszy od wielu lat chińscy internauci po wpisaniu na Google.cn hasła „Tiananmen” nie otrzymywali wyłącznie porad turystycznych, ale i linki prowadzące do stron zawierających informacje o masakrze studentów w 1989 r.

>>> CZYTAJ TEŻ: Google grozi zerwaniem współpracy z Chinami

Ten gwałtowny zwrot w polityce giganta z Kalifornii, który dotychczas spełniał żądania Pekinu, nie jest wynikiem troski o poszanowanie obywatelskich wolności. Szefowie Google ujawnili, że w grudniu chińscy hakerzy włamali się na ich serwery oraz serwery 20 innych technologicznych spółek. – Ich celem było uzyskanie dostępu do kont pocztowych Gmail należących do chińskich obrońców praw człowieka – twierdzi szef prawników koncernu David Drummond.

– Ataki te w połączeniu z próbami dalszego ograniczania wolności słowa, jakie miały miejsce w ostatnim roku, doprowadziły nas do wniosku, że powinniśmy ponownie rozważyć wykonalność naszych operacji biznesowych w Chinach – napisał na oficjalnym blogu firmy Drummond. Oznacza to zerwanie z uległością wobec rządu w Pekinie. Firma nie wyklucza też, że pozamyka swoje biura w Chinach.

>>> CZYTAJ TEŻ: Chiny tłumaczą się Google po atakach hakerskich

Przez lata władze Państwa Środka cenzurowały Google na własną rękę, co spowalniało pracę wyszukiwarki. W końcu w 2006 r. koncern – mający najwyraźniej nadzieję na ekspansję za Wielkim Murem – sprezentował Chinom własną wersję wyszukiwarki filtrującą niewygodne dla Pekinu treści. Bez sukcesu – po wejściu na chiński rynek Google zderzył się z miejscowym potentatem, wyszukiwarką Baidu. Rodzimy gigant wykorzystywał znajomości w Pekinie, by pokonać amerykańską firmę, np. miejscowe media ciskały gromy na Google m.in. za „udostępnianie dzieciom pornografii”. Według oficjalnych danych państwowego instytutu China Internet Network Information Center w zeszłym roku 77 proc. internautów wybrało Baidu, Google – tylko 13 proc. Zachodni eksperci oceniają jednak, że amerykański koncern mógł mieć nawet 26 proc. rynku, którego wartość szacuje się na miliard dolarów rocznie. Tyle że dla Google było to wciąż za mało.

Najwyraźniej finansowa porażka przypomniała menedżerom koncernu o firmowym haśle: „Don’t be evil” (Nie bądź zły). Wcześniej firma argumentowała, że jej całkowite wyjście z Chin przyniosłoby 340 mln tamtejszych użytkowników więcej szkody, niż gdyby tylko ograniczano dostęp do niewygodnych dla rządu treści. Teraz firma oburza się na praktyki Pekinu. Z finansowego punktu widzenia może sobie na to pozwolić – informację o konflikcie z rządem Państwa Środka nowojorska giełda przyjęła spokojnie, kurs akcji Google spadł jedynie o 1,1 proc.

>>> CZYTAJ TEŻ: "Monopolowy gigant" - Niemcy ostrzegają Google

Autocenzura w sieci

Udostępniane Chińczykom treści filtrują też wyszukiwarki Yahoo! oraz Bing. Microsoft, właściciel tej ostatniej, specjalnie sformatował na potrzeby Pekinu oferowane oprogramowanie, podobnie uczyniły Cisco i Sun Microsystems. Z kolei firma Apple, wprowadzając do Chin nowe modele iPhone’a, uniemożliwiła ich użytkownikom dostęp do informacji związanych z Dalajlamą.