Ale mogłoby być jeszcze lepiej – wystarczy, że wraz z ożywieniem gospodarki zadziałałyby instrumenty zaproponowane przez bank centralny i rząd. W NBP po czterech miesiącach od zapowiedzi projekt wprowadzenia kredytu dyskontowego został przesłany do konsultacji bankowych. Niewątpliwie wprowadzenie takiego produktu musi być poprzedzone wytężonymi pracami, ale czy musiały trwać tak długo? Próżno też cieszyć się z faktu przygotowania projektu, bo jak mówią sami bankowcy – diabeł tkwi w nieznanych na razie szczegółach i te szczegóły nowe narzędzie NBP mogą uczynić nieprzydatnym. I dobrze, by w banku centralnym – z którym współpracę chwali sobie część banków – o tym pamiętano.

Z drugiej strony kompletnym niewypałem okazały się gwarancje kredytowe oferowane przez BGK – zbyt zbiurokratyzowana procedura i wymagania sprawiły, że zainteresowanie nimi jest śladowe. Wygląda na to, że rządzący doszli do wniosku, iż lepiej gwarancji kredytowych nie dawać, niż ryzykować utratę pieniędzy podatnika. Cóż, nie po raz pierwszy gospodarka została zdana sama na siebie – całe szczęście, że splot różnych okoliczności sprawił, że przez kryzys przeszliśmy prawie suchą nogą.