Morgunbladid, największy dziennik skalistej wyspy, sportretował go ostatnio jako Supermana fruwającego ponad dachem parlamentu wyspy. Wszystko dlatego, że prezydent po raz drugi w historii Islandii skorzystał z prawa weta, blokując kontrowersyjną decyzję rządu Johanny Sigurdardottir, która pod wpływem zagranicznej presji zgodziła się na spłatę astronomicznej sumy prawie 4 mld euro brytyjskim i holenderskich wierzycielom. Swoją decyzją Grimsson trafił w gusta większości wyspiarzy. Nie mają oni najmniejszej ochoty spłacać monstrualnych długów, które zostawiły po sobie islandzkie banki, zanim jesienią ubiegłego roku ogłosiły niewypłacalność.

>>> Polecamy: Islandczycy nie chcą zapłacić za kryzys w bankowości

– Ludzie nie rozumieją, dlaczego mieliby odpowiadać za posunięcia chciwych bankierów i nieudolnych polityków. Na tych pierwszych zwyczajny obywatel nie miał przecież żadnego wpływu. Tych drugich natomiast pozbyliśmy się, wychodząc masowo na ulice, gdy stało się jasne, co zmalowali – mówi nam Hallgrimur Helgason, islandzki pisarz i autor głośniej powieści „101 Reykiavik”. Wtóruje mu Magnus Arni Skulason, ekonomista i założyciel internetowej społeczności W obronie (InDefence.is), która w cyberprzestrzeni zbiera podpisy przeciwko szantażowi, jaki ich zdaniem stosują wobec Islandii europejscy wierzyciele. – Nasz nadzór bankowy zawiódł, ale nie jesteśmy jedynymi. Nawet szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej powiedział to samo o swoim kraju. Wszystkie zadłużone państwa negocjują rozsądne warunki wyjścia na prostą po zaliczeniu gospodarczej katastrofy. Ale tylko od nas domaga się spłacenia całości długu, choć suma sięga połowy naszego PKB, co oznacza, że każdy obywatel jest winien ok. 12 tys. euro. To nierealne – uważa Skulason.

>>> Polecamy: Islandia zapłaci Brytyjczykom i Holendrom 5 mld dol.

Jak trwoga, to do Rosjan

Jeśli wierzyć sondażom, podobnego zdania jest 2/3 Islandczyków. Deklarują oni, że w referendum, które odbędzie się prawdopodobnie w marcu, poprą weto Grimssona. Jeżeli do tego czasu wierzyciele nie ustąpią, plan premier Sigurdardottir, obliczony na odbudowę zaufania międzynarodowych rynków do Islandii poprzez szybką ścieżkę akcesji do UE, rozsypie się jak domek z kart. Bo Londyn nie pozostawia wątpliwości, że zablokuje unijne ambicje Rejkiawiku. Gordon Brown odgraża się też, że wystąpi do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o zmniejszenie pomocy finansowej, jaka płynie na wyspę gejzerów od czasu wybuchu kryzysu. – Północny Atlantyk jest dla Europy i USA ważnym regionem. Jeśli oni o tym zapominają i nie mają dla nas litości, być może powinniśmy poszukać sobie nowych przyjaciół – odpowiada prezydent Grimsson, który od wybuchu kryzysu kilka razy sugerował nawet, że czas rozważyć udostępnienie bazy wojskowej Keflavik... Rosjanom. Również Bruksela zastanawia się, czy efektem brytyjskiej pryncypialności i zatrzaśnięcia Islandii drzwi do Wspólnoty nie będzie utrata szansy na wzmocnienie północnej flanki eurointegracji.

Trudno osądzić, po której stronie sporu leży racja, bez zrozumienia, co wydarzyło się na Islandii w ciągu ostatniego półtora roku. By opisać tamte zdarzenia, ich świadkowie sięgają po metafory z dziedziny psychiatrii. – To jak koszmar, z którego ciągle nie możemy się przebudzić. W ciągu kilku tygodni z najbogatszego i najstabilniejszego państwa świata staliśmy się pariasem. Jeszcze latem 2008 r. islandzki bankier uchodził za awangardę nowoczesności, dziś jest przedmiotem żartów – opowiada Helgason. – Islandczycy nie mogą wyjść z szoku. Są jak ofiara wypadku samochodowego, która musi przejść na drugą stronę ulicy. Owszem, korzystają z banków, ale robią to z najwyższą rezerwą i ostrożnością – dodaje Brytyjczyk Roger Boyes, autor książki „Topnienie Islandii” analizującej przebieg tamtejszego krachu.