Honker przechodzi właśnie niezbędne procedury techniczne, które umożliwią powrót na rynek. Jak ujawnia DGP Zbigniew Tymiński, prezes i współwłaściciel DZT, właściciela fabryki w Lublinie, procedura ta potrwa od trzech do sześciu miesięcy.

>>> Czytaj też: "Najpopularniejsze samochody w Polsce to ..."

Konstrukcja ta będzie różniła się od produkowanej do 2007 roku wersji wojskowej m.in. silnikiem, a to dlatego, że od września 2009 r. silniki w produkowanych autach tego typu muszą spełniać normę emisji Euro IV. Wersje dostarczane wojsku miały starsze silniki z normą emisji Euro III.

DZT do tej pory znana była jako dostawca części na pierwszy montaż do lanosów na Ukrainie, chevroletów aveo na Żeraniu oraz kia na Słowacji. Swoich sił na rynku producenckim próbuje od roku. Wtedy odkupiła od syndyka Daewoo i firmy Intrall majątek upadłych zakładów w Lublinie, w tym linię montażową i prawa do produkcji honkera.

Odstąpiliśmy od zakupu licencji na markę Lublin, bo uznaliśmy cenę, jaką życzył sobie Intrall, za zbyt wygórowaną. Uznaliśmy, że taniej będzie wprowadzić na rynek własną konstrukcję – zapowiada Zbigniew Tymiński.

W pracach nad nowym modelem z Lublina biuro projektowe fabryki wspierają podobno także zagraniczni projektanci. Jacy? Tego właściciel DZT nie ujawnia.

Jednak jak zapewnia Zbigniew Tymiński, produkcja tego samochodu może rozpocząć się już w tym roku.

Trwają rozmowy z Amerykanami

W tym roku spodziewa się on także konkretów w rozmowach, jakie prowadzi od kilku tygodni z amerykańskim Hummerem.

– Nie mogę zdradzić szczegółów tych rozmów, ale dotyczą one współpracy w zakresie nowego samochodu – mówi Zbigniew Tymiński.

Ma to być model pośredni pomiędzy hummerem a honkerem.

– Na polskim rynku jest miejsce na honkera czy nowy model tworzony w oparciu o know-how Hummera, ale jestem już mniej entuzjastycznie nastawiony do furgonu podobnego do lublina – uważa Andrzej Halarewicz, szef na Polskę firmy monitorującej rynek motoryzacyjny JATO Dynamics.

A to dlatego, że na rynku samochodów dostawczych można do woli przebierać w ofertach. Inaczej jest w segmencie samochodów terenowych. Według Andrzeja Halarewicza, obecnie brakuje samochodów dedykowanych dla rolników, leśników czy energetyków, a niszę tę na siłę próbuje się zapełniać terenowymi tylko z nazwy, ale za to drogimi autami, np. japońskimi.

>>> Czytaj też: "Auta z kratką uratują spadającą sprzedaż samochodów"

– Tymczasem taki samochód ma przede wszystkim wypełniać swoją funkcję praktyczną i być do tego w miarę tani – mówi Andrzej Halarewicz.

Ile będzie kosztował honker to na razie tajemnica.

Zbigniew Tymiński zapewnia, że cena będzie niższa, niż życzył sobie poprzedni producent.

Auto trzeba wypromować

Według Krzysztofa Rozenberga, prezesa ZTS Grójec, Koram i DPI – trzech spółek z holdingu FSO Żerań, odpowiednie wyważenie ceny i jakości produktu w tym przypadku będzie jedną z najważniejszych spraw przesądzających o powodzeniu projektu.

– Ważne też będzie pozyskanie odpowiednio wysokich środków na marketing produktu – mówi Krzysztof Rozenberg.

Mimo że jest to marka znana, to trzeba ją wypromować na nowo, a to kosztuje.

Roman Kantorski, prezes Polskiej Izby Motoryzacji, przypomina ostatnią reedycję fiata 500 czy też wcześniejszą – pandy. Mimo że marki były znane przed laty, włoski koncern wydał ogromne pieniądze na ponowne wypromowanie modeli. W przypadku honkera z pewnością mowa będzie o znacznie niższych kosztach, bo i skala przedsięwzięcia jest o wiele niższa.

Przekonać banki

A z pozyskaniem środków finansowych nie będzie wcale łatwo. Obecnie motoryzacja przez banki traktowana jest jak branża wysokiego ryzyka.

– Banki przede wszystkim muszą uwierzyć w sens projektu, a zatem musi być twardy biznesplan. Dodatkowo muszą uzyskać mocne zabezpieczenie kredytu – mówi Leszek Lerch, ekspert od rynku motoryzacyjnego w firmie Ernst & Young.

Zbigniew Tymiński nie chce zdradzić, ile już pochłonęły inwestycje w zakład oraz tego, ile jeszcze zamierza wydać w tym celu. Ujawnia, że otrzymał duże wsparcie finansowe ze strony Spółdzielczego Banku Rozwoju w Szepietowie, należącego do polskiej Grupy BPS.

W trudnej sytuacji na rynku kredytowym do inwestowania w zakład zamierza przekonać banki, oferując im wejście w konsorcjum, które – oprócz odsetek – da wyłonionej instytucji także udział w zyskach ze sprzedaży.

Według Leszka Lercha zaproszenie należałoby jednak rozszerzyć w tym przypadku o fundusze venture capital, które według niego będą bardziej otwarte na tego typu projekt niż banki.