Posiadacze starszych aut, które nie są już na gwarancji, często decydują się na zakup tańszego wariantu AC. Przewiduje on naprawy poza warsztatami autoryzowanymi, z użyciem tańszych części zamiennych i bez uwzględniania VAT. Oznacza to, że koszty naprawy mogą być około 50 proc. niższe niż przy zastosowaniu oryginalnych części zamiennych, kosztów robocizny autoryzowanych stacji obsługi, do których dolicza się VAT.

>>> CZYTAJ TEŻ: Kupując AC o ograniczonym zakresie można zaoszczędzić kilkaset złotych

Niestety – część towarzystw po szkodzie najpierw szacuje koszty naprawy auta na podstawie maksymalnych cen. W rezultacie często okazuje się, że naprawa auta jest nieopłacalna, bo koszty przekraczają 70 proc. jego wartości. Przy takiej relacji kosztów naprawy do wartości auta ubezpieczyciel orzeka tzw. szkodę całkowitą, co oznacza, że teoretycznie samochód powinien trafić na złom.

Takie zapisy można znaleźć m.in. w warunkach ubezpieczenia oferowanego przez PZU, Uniqę oraz Allianz. Pierwsze dwie firmy żądają, aby już przy zawarciu umowy klient zadeklarował, czy woli droższy wariant (czyli zakładający naprawę w stacjach autoryzowanych z użyciem części firmowych), czy też tańszy (w zwykłych warsztatach). Jednak bez względu na to, jakiego wyboru dokonał klient, przy wyliczaniu wielkości szkody firmy te używają stawek oraz cen części wziętych ze stacji autoryzowanych. Nie oznacza to jednak, że na podstawie tych wyliczeń wypłacane jest odszkodowanie – PZU wręcz podkreśla, że taka kalkulacja służy tylko ocenie, czy szkodę można uznać za całkowitą. Jeśli z tych wyliczeń wynika, że szkoda jest mniejsza niż 70 proc., dla osób korzystających z tańszego wariantu przygotowywana jest nowa wycena. Tym razem nie uwzględnia ona VAT-u i oparta jest o niższe stawki i ceny części.

Nieco inaczej jest w Allianz. Wprawdzie towarzystwo również szacuje wielkość szkody na podstawie maksymalnych stawek i cen, ale gdy uznaje, że naprawa jest opłacalna, daje klientowi wybór. Może on skorzystać z usług stacji autoryzowanych i po naprawie przedstawić towarzystwu faktury wziąć odszkodowanie na kosztorys (m.in. nieuwzględniające VAT).

>>> CZYTAJ TEŻ: W 2009 roku Polacy wydali 12 mld zł na polisy komunikacyjne

Inaczej jest w obecnie, która jeszcze kilka lat temu stosowała podobny mechanizm jak PZU. Obecnie, jeśli klient zdecydował się na tańszy wariant polisy (np. naprawę z użyciem tańszych części), to w razie szkody towarzystwo do kalkulacji opłacalności naprawy używa niższych stawek i cen. Taki kosztorys może więc od razu stanowić podstawę wypłaty odszkodowania.

Ta skłonność niektórych firm ubezpieczeniowych do orzekania szkody całkowitej bierze się z oszczędności. W takim przypadku bowiem towarzystwa wypłacają odszkodowanie liczone tzw. metodą różnicową – odejmują od wyceny auta sprzed szkody wartość skierowanego na złom wraku i różnicę wypłacają jako odszkodowanie. Na przykład jeśli auto przed wypadkiem było warte 20 tys. zł, a pozostałość można sprzedać za 11 tys. zł, to odszkodowanie wyniesie 9 tys. zł. Jeśli naprawa zostanie podjęta, bo koszty wyniosą np. 60 proc. wartości auta sprzed szkody, to towarzystwo będzie musiało zapłacić za nią 12 tys. zł. To oznacza, że dzięki orzeczeniu szkody całkowitej w naszym przykładzie ubezpieczyciel może zaoszczędzić aż 3 tys. zł.

70 proc. taka jest górna granica kosztów naprawy auta, żeby towarzystwa uznały ją za opłacalną.

>>> CZYTAJ TEŻ: Polacy coraz częściej wyłudzają pieniądze od ubezpieczycieli