Wprowadzając w 2004 roku Czechy do Unii, ówczesny premier Vladimir Spidla przewidywał, że wejście do obszaru wspólnej waluty zajmie naszym południowym sąsiadom od 6 do 7 lat. Jeszcze we wrześniu 2006 r. czeski bank centralny mówił o 1 lutego 2010 r. jako realnej dacie wstąpienia.

>>> Czytaj też: Bezrobocie w Czechach najwyższe od czterech lat

Sensowność tej prognozy potwierdzali także ekonomiści OECD. Prascy decydenci od początku jednak zachowywali wobec tych planów wiele krytycznego dystansu. Obawy pogłębiły się zwłaszcza po wybuchu kryzysu ekonomicznego. – Wstąpienie do obszaru wspólnej waluty przyniesie naszej gospodarce wiele korzyści, ale stworzy jednocześnie wiele poważnych zagrożeń: ograniczy możliwości naszej polityki monetarnej i odbierze możliwość dogodnego kształtowania kursów walutowych wobec naszych najważniejszych partnerów handlowych – czytamy już na wstępie najnowszego, grudniowego raportu czeskiego banku centralnego. Analiza ta zdaje się dobrze oddawać obawy czeskich polityków, którzy w ostatnich miesiącach nie podnoszą już kwestii szybkiego wstąpienia do strefy euro. Zwłaszcza że kraj czeka na wynik wyborów parlamentarnych, które odbędą się prawdopodobnie pod koniec 2010 roku.

>>> Czytaj też: Rekordowy deficyt budżetowy w Czechach

Węgrzy zamierzali początkowo być jeszcze szybsi niż Czesi. Pierwotne plany akcesji do obszaru wspólnej waluty mówiły o roku 2007 lub 2008. Gdy zaczęło być jasne, że ta data nie wchodzi w rachubę, socjalistyczny minister finansów Janos Veres przesunął ją na 1 stycznia 2010 r. Szybko jednak stało się jasne, że Budapeszt nie jest w stanie spełnić unijnych kryteriów spójności. Problemem był zwłaszcza deficyt budżetowy, który w roku 2006, gdy rządzący socjaliści uzyskali reelekcję, wyniósł 9,2 proc. PKB.

>>> Czytaj też: BNP Paribas: ożywienie w Europie Środkowo-Wschodniej będzie płytkie

To wówczas wyszło na jaw słynne nagranie premiera Ferenca Gyurcsanya, który strofował swoich ministrów za to, że oszukiwali wyborców „w dzień i w nocy”, i zapowiedział ostrą kurację oszczędnościową, która skończy z życiem Węgrów ponad stan. W rezultacie w kraju wybuchły wielodniowe zamieszki. W 2007 roku udało się wprawdzie obniżyć deficyt do 5 proc., jednak socjaliści stracili społeczne poparcie. Na dodatek węgierska gospodarka zaczęła zwalniać. Kulminacja problemów nadeszła wraz z wybuchem kryzysu w 2008 roku. W pierwszej chwili wydawało się wprawdzie, że kryzys spowoduje przymknięcie przez Brukselę oka na strukturalne niedostatki i otworzy szansę na szybkie przyjęcie Węgier do strefy euro. O takie nadzwyczajne rozwiązanie zaapelował nawet węgierski sektor bankowy. Szybko okazało się jednak, że kryzys na Węgrzech sięgnie głębiej, niż się pierwotnie wydawało. By ratować sytuację, Budapeszt musiał przyjąć pożyczkę Międzynarodowego Funduszu Walutowego, co wywindowało dług publiczny do 80 proc. PKB.

>>> Czytaj też: Strefę euro czeka trudna następna dekada

Węgrzy zauważyli też, że dewaluacja forinta jest dla nich przydatnym narzędziem, co wywołało dyskusję o sensowności szybkiej ścieżki w kierunku euro. Na początku 2009 roku problemy zmusiły też do ustąpienia niepopularnego premiera Gyurscanya, a w obliczu planowanych na 2010 rok wyborów, opozycyjny Fidesz przystąpił do walki o władzę, stroniąc zdecydowanie od haseł o konieczności zaciskania pasa.

>>> Czytaj też: Węgry zdystansują Polskę, będą fiskalnym liderem świata

Ponieważ nie zanosi się na to, że węgierska prawica uczyni z euro swój priorytet, większość węgierskich ekonomistów porzuciła już nadzieje na przystąpienie w 2010 roku do systemu ERM2. W związku z tym nie ma raczej szans na to, by Węgrzy mogli przyjąć euro przed rokiem 2013.

5,5 proc. PKB – taki będzie deficyt budżetowy Czech w 2010 r. według prognoz Komisji Europejskiej

79,8 proc. PKB. – taki poziom osiągnie dług publiczny Węgier w 2010 r. według prognoz Brukseli