Przez znaczną część 2009 roku wysoka inflacja powodowała, że realnie wynagrodzenia malały. Na przykład w listopadzie pensje w przedsiębiorstwach rosły o 2,3 proc., ale inflacja wynosiła 3,3 proc. Tendencja zmieniła się dopiero w grudniu, gdy dzięki wypłatom premii pensje wzrosły w skali roku aż o 6,5 proc. Ale i tak 3,5-proc. inflacja połknęła ponad połowę tego wzrostu.

>>> Czytaj też: GUS: przeciętne wynagrodzenie w grudniu wzrosło o 6,5 proc. i wyniosło 3652,40 zł

Według ekonomistów w tym roku płace już nie powinny realnie spadać. Nie będzie to jednak zasługa pracodawców, tylko zmniejszania się inflacji. Wskaźnik wzrostu cen prawdopodobnie będzie się obniżał w kierunku 2,5 proc. do połowy roku – i niewykluczone, że na tym poziomie utrzyma się przez dłuższy czas. – Nominalny wzrost wynagrodzeń wyniesie około 2–3 proc., czyli mniej więcej tyle, co w 2009 roku. Realnie będziemy powoli wychodzić na plus, bo dynamika wzrostu cen będzie coraz niższa – uważa Marta Petka-Zagajewska z Raiffeisen Banku.

Adam Czerniak z Invest Banku dodaje, że w grudniu 2010 r. płace w firmach realnie mogą wzrosnąć o 1–2 proc. – W całej gospodarce nie będzie już tak dobrze, spodziewamy się realnego spadku płac o 0,6 proc. Głównie przez to, co wydarzy się w sektorze publicznym, gdzie pensje się nie zmienią – mówi Adam Czerniak.

>>> Czytaj też: Ostrowska: 2010 r. nie będzie łatwy dla rynku pracy

To jeden z powodów sceptycyzmu ekonomistów przy prognozowaniu poziomu inwestycji prywatnych i konsumpcji. Nasi rozmówcy są zdania, że nawet realny wzrost płac w przedsiębiorstwach nie oznacza, że gospodarstwa domowe będą bardziej skłonne do kupowania akcji lub jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Powodem jest drugi istotny czynnik, czyli perspektywy zatrudnienia. A te nie są najlepsze. Jak mówi Marta Petka-Zagajewska, na razie nie widać oznak odbudowy popytu w gospodarce, który mógłby spowodować zwiększenie wykorzystania mocy produkcyjnych w firmach. Bez tego nie ma mowy o zwiększaniu zatrudnienia.

– Gdyby bezrobocie nagle spadło, gospodarstwa domowe mogłyby mieć do dyspozycji w sumie więcej środków. I mogłyby je teoretycznie zainwestować. Wzrost inwestycji mógłby też nastąpić, gdybyśmy mieli w gospodarce silną presję deflacyjną: wtedy siła nabywcza tej samej płacy wzrosłaby. Oba scenariusze są jednak mało prawdopodobne – mówi Marta Petka-Zagajewska.

Ekonomistka dodaje, że ewentualny napływ środków np. na rynek akcji może wynikać z przesunięć kapitału prywatnego między różnymi formami inwestowania. Podobnego zdania jest Adam Czerniak. Według niego w 2009 roku dynamika realnych dochodów gospodarstw domowych spadła, ale kosztem bieżącej konsumpcji wzrosła skłonność do bezpiecznego oszczędzania.

>>> Czytaj też: Za statystyczną pensję można obecnie kupić pół metra kwadratowego mieszkania

Rozmówcy DGP dodają, że nie tylko z nowymi inwestycjami osób prywatnych może być w tym roku problem, ale także z konsumpcją. To ona jest jednym z głównych motorów wzrostu PKB. – Wiele zależy od trwałości wzrostu wynagrodzeń i perspektyw zatrudnienia na następne miesiące – mówi Adam Czerniak. – Najpierw ruszy popyt zagraniczny, potem inwestycje przedsiębiorstw. Konsumpcja prywatna zacznie rosnąć jako ostatnia – dodaje Marta Petka-Zagajewska.