Sesja w USA rozczarowała inwestorów w Warszawie, którzy stwierdzili, że nie ma na co czekać z zamykaniem pozycji. Zwłaszcza, że już po zamknięciu naszej giełdy w czwartek poważnych strat doznali inwestorzy w całej Europie Zachodniej.
Poranek przyniósł więc dynamiczną przecenę na GPW dyktowaną ponadto wynikami sesji w Azji. Inwestorzy na całym świecie dają wyraz swoim obawom wobec najnowszych planów administracji USA, która chce odgórnie rozwiązać problem zbyt wysokiego poziomu ryzyka w bankach. Ale prawda jest też taka, że problem ten nie został dotąd rozwiązany, a liczenie na to, że "rynek sam naprowadzi się na właściwe tory" może okazać się złudne, skoro dotąd nic takiego się nie udało.

Mieliśmy więc dziś na GPW silną przecenę, którą trzeba też usprawiedliwić dotychczasową odpornością GPW na zawirowania rynkowe, które na świecie widoczne były już od środy. Zapłaciliśmy niejako z dołu za niepokój na innych rynkach. Cena - choć w skali jednego dnia robi wrażenie - nie okazała się wygórowana. Owszem, WIG20 przebił dno konsolidacji z poprzednich dwóch tygodni, ale nie zleciał dużo niżej i utrzymał się w kanale trendu wzrostowego, w którym przebywa od sierpnia. Naturalnie spadek przy dużych obrotach (jeśli nie liczyć sesji, na której wygasały grudniowe kontrakty terminowe, to dzisiejsze obroty były najwyższe od trzech miesięcy) nie może cieszyć posiadaczy akcji, ale też trudno na podstawie tej jednej sesji wyrokować o zakończeniu hossy, skoro zaledwie w środę indeks ustanowił jej nowe rekordy.
Nie każdy musi jednak czekać na załamanie średnioterminowego trendu by uzyskać czytelny sygnał sprzedaży. Dziś inwestorzy pozbywali się akcji paliwowych, w czym pomogła wyprzedaż resztówek Lotosu przez rząd, ale także kontynuacja przeceny na rynku ropy, gdzie cena baryłki spadła poniżej 75 dolarów po raz pierwszy od miesiąca. Najtańsze od świąt są także miedź i złoto.

Koniec tygodnia przyniósł także przecenę dużych banków, ponieważ światowe pogorszenie nastrojów generalnie dotyka właśnie sektora finansowego. W przypadku GPW banki są też największymi i najpłynniejszymi papierami, więc łatwo spieniężyć ich akcje, co ma znaczenie dla inwestorów zagranicznych. Ich awersję do ryzyka widać było dziś (i wczoraj) na całym świecie, na czym ucierpiał także złoty. Dolar wrócił do wczorajszego szczytu powyżej 2,90 PLN, a frank wyznaczył nowy na poziomie 2,785 PLN i jest tym samym najdroższy w tym roku. Euro mocuje się z poziomem 4,10 PLN, który dziś udało się złotemu obronić.