Kilka dni temu premier Bułgarii Bojko Borysow oświadczył, że z końcem stycznia jego kraj złoży oficjalny wniosek o przyjęcie do ERM2. − W czasie kryzysu udowodniliśmy, że z naszymi finansami wszystko jest w porządku. Szybka akcesja to jest teraz priorytet mojego rządu – powiedział były burmistrz Sofii, a wcześniej ochroniarz i karateka, który rządzi Bułgarią od czasu wyborczego triumfu jego partii GERB w lipcowych wyborach parlamentarnych. Wymienił też 2013 rok jako realną, jego zdaniem, datę wstąpienia do strefy euro.

Bułgaria – najbiedniejszy kraj UE – swoje nadzieję na szybkie dołączenie do obszaru wspólnej waluty buduje przede wszystkim na tym, że radzi sobie z kryzysem gospodarczym nadspodziewanie dobrze. Rząd Borysowa szczyci się na przykład tym, że w 2010 roku Bułgaria będzie jedynym krajem wspólnoty, który może się pochwalić prawie zbilansowanym budżetem. Deficyt wyniesie zaledwie 0,8 proc PKB, co w porównaniu z 13 proc. Greków budzić może uznanie. Przy ograniczaniu wydatków rząd Borysowa rzeczywiście wykazał żelazną konsekwencję: zredukował wydatki rządowe o 15 proc., podniósł podatki (m.in. na papierosy) i zamroził pensje budżetówki, nie tracąc przy tym zaufania społecznego. Sofia podkreśla również, że w przeciwieństwie do sąsiedniej Rumunii czy nieodległych Węgier Bułgaria przetrwała kryzys bez uciekania się do pomocy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Tuż po deklaracji Borysowa wpływowy dziennik finansowy The Wall Street Journal napisał nawet, że na drodze do euro Bułgaria wyprzedzi dotychczasowych prymusów i bardziej naturalnych kandydatów, Polskę czy Czechy, gdzie „elity polityczne nabrały w czasie kryzysu dystansu wobec projektu szybkiego przystąpienia do obszaru wspólnej waluty”.

Dlaczego Bułgarzy są gotowi do tak ogromnych poświęceń i zaciśnięcia pasa, byleby tylko zostać dopuszczonym do euro? Są dwa podstawowe powody.
Po pierwsze, Sofia liczy, że przyjęcie wspólnej waluty zwiększy zaufanie sektora finansowego do kraju, który od momentu wejścia do UE uchodzi za biednego, zacofanego i skorumpowanego marudera eurointegracji. Ostry kurs na euro już przyniósł pierwsze efekty. 

Agencje oceniające wiarygodność ekonomiczną dwukrotnie w ostatnich miesiącach podniosły rating Bułgarów, którzy ze swoim BBB- wyprzedzili np. Rumunów i dorównali Łotyszom, depcząc po piętach Węgrom (BBB).

Jest jeszcze drugi powód. Bułgaria chce do euro z powodu cięgle żywej traumy hiperinflacji, która uderzyła w kraj w drugiej połowie lat 90. By ją pokonać, lokalną walutę lewa powiązano wówczas z marką niemiecką, co automatycznie przeniesione zostało na euro i obowiązuje do dziś.

W porównaniu z Bułgarią Rumunia wydaje się dziś dużo dalej od strefy euro niż jej sąsiad. W najnowszym raporcie opublikowanym przez rząd w Bukareszcie 31 grudnia czytamy, że wstąpienie do obszaru wspólnej waluty nastąpić może najwcześniej w 2015 roku. Na razie lej nie jest też częścią mechanizmu ERM2, a władze nie sygnalizują konkretnie, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Ostatnia jak na razie konkretna deklaracja na ten temat padła w listopadzie z ust wiceszefowej bukaresztańskiego banku centralnego, która powiedziała, że wniosek o członkostwo w ERM2 pojawi się najwcześniej za dwa lata. Nie jest tajemnicą, że szanse na przystąpienie Rumunów do euro mocno zmalały po tym, jak kraj wystąpił o pożyczkę ratunkową z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. To efekt mocnego ciosu, jakim był dla prężnie rozwijającej się w ostatnich latach rumuńskiej gospodarki wybuch kryzysu. W 2009 rumuński PKB skurczył się o 4 proc., a deficyt budżetowy wyniósł prawie 8 proc.

Sytuacji nie ułatwiał też polityczny paraliż, jaki targał krajem w ostatnich miesiącach 2009 roku, gdy upadł rząd premiera Emila Boca, któremu dopiero w grudniu udało się odbudować swoją większość w parlamencie. − Rumunia ma jeszcze wiele pracy przed sobą – oceniał w 2007 roku szanse Bukaresztu szef Europejskiego Banku Centralnego Jean Claude Trichet

Wygląda na to, że od tamtej pory niewiele się zmieniło.