Rosnące od blisko roku ceny akcji sprawiły, że inwestorzy na całym świecie ponownie zaczęli interesować się różnymi możliwościami pomnożenia kapitału. Po szoku z 2008 roku większość drobnych inwestorów czekała przynajmniej kilkanaście tygodni na wyklarowanie się trendu wzrostowego i nie kupowała jednostek funduszy inwestycyjnych po najniższych cenach. Im dłużej ktoś powstrzymywał się przed powrotem na rynek, tym większe ryzyko musiał podejmować, aby dogonić pędzący pociąg. To tylko jeden z powodów, dla których największym zainteresowaniem w ostatnich miesiącach cieszyły się fundusze lokujące pieniądze na rynkach wschodzących.

Tłumaczy to w dużej mierze fakt, że gdy szeroko pojęte obawy przed ryzykiem powróciły, napływ kapitału na rynki wschodzące gwałtownie wyhamował. W przedostatnim tygodniu stycznia przez globalne rynki akcji przeszła spadkowa korekta, dolar wyraźnie umocnił się, a dla funduszy inwestujących na wschodzących rynkach oznacza to silny wiatr w oczy. Ich aktywa powiększyły się łącznie o 1,2 mld USD, co było o ponad połowę gorszym wynikiem niż tydzień wcześniej.

Kategoria inwestycyjna „rynki wschodzące” nie jest jednolitą grupą – znajdziemy w niej fundusze o bardzo mocno zdywersyfikowanym portfelu (kategoria GEM, Global Emerging Markets, czyli globalne rynki wschodzące), inwestujące wyłącznie w określonych obszarach geograficznych (np. wschodząca Europa, Ameryka Łacińska) lub wybierające kraje o podobnej charakterystyce (np. BRIC). Trzeba więc pamiętać, że jeśli do jednego worka trafiają fundusze kupujące akcje spółek notowanych na parkietach w Chinach, Brazylii, Turcji, Polsce czy Korei Południowej, wypracowane przez nie stopy zwrotu będą się bardzo wyraźnie różniły, ponieważ na wartość tych aktywów wpływają różne czynniki.

Silny dolar szkodzi wszystkim

Elastyczność i szybką reakcję inwestorów na zmieniające się warunki bardzo dobrze obrazują dane o przepływach kapitału z ostatniego tygodnia. W największym stopniu pogorszenie nastrojów na rynkach globalnych przełożyło się na ograniczenie napływu środków do zdywersyfikowanych funduszy GEM. Z raportu analityków UniCredit wynika, że ich aktywa wzrosły o 29 mln USD, podczas gdy tydzień wcześniej powiększyły się one o ponad 480 mln USD. Jeśli szukać jednego wytłumaczenia takiego zachowania inwestorów, nie będzie chyba nadużyciem postawienie tezy, że to efekt umacniającego się dolara.

Wiele w ostatnich tygodniach mówiło się o tzw. zjawisku dolarowego carry trade, które polega na pożyczaniu kapitału na rynkach, gdzie koszt kredytu jest bardzo niski (przewaga USA np. nad Japonią wynika m.in. z nadpłynności sektora bankowego) i zaangażowaniu go w aktywa przynoszące wyższe stopy zwrotu, np. obligacje czy akcje z rynków wschodzących. Ryzyko tego przedsięwzięcia wiąże się zatem nie tylko ze zmianą wartości zakupionych papierów wartościowych, ale również z kursem walutowym. Przykładowo, zdywersyfikowany portfel funduszu np. posiadającego akcje spółek brazylijskich, koreańskich i węgierskich, może nie zmienić w danym tygodniu wartości (stabilizacja na światowych giełdach), ale gdy w tym samym czasie względem dolara osłabiają się brazylijski real, koreański won i węgierski forint, z punktu widzenia inwestorów z USA fundusz traci pieniądze. W przedostatnim tygodniu stycznia na niekorzyść zdywersyfikowanych funduszy globalnych rynków wschodzących działały jednocześnie spadki cen akcji oraz umacniający się dolar.

Drugą grupą funduszy lokujących kapitał w akcje na rynkach wschodzących, które najdotkliwiej odczuły obawy inwestorów przed odwróceniem średnioterminowego trendu, były fundusze wschodzącej Europy. Nazwa kategorii może być nieco myląca. Za zmniejszeniem napływu kapitału o 41 proc. w ujęciu tydzień do tygodnia stał nie cały region, lecz jeden kraj o największym udziale w koszyku – Rosja. Same aktywa regionalnych funduszy wschodzącej Europy (np. polskich, węgierskich, czeskich czy krajów nadbałtyckich) w minionym tygodniu wzrosły o ok. 50 mln USD, podczas gdy tydzień wcześniej wycofano z nich 13 mln USD.

Po kilku latach funkcjonowania skrótu BRIC, określającego inwestycje w Brazylii, Rosjii, Indiach i Chinach, inwestorzy mogą zrewidować znaczenie Rosji w tej grupie. Początkowo wspólnymi cechami tych czterech rynków wschodzących były świetlane perspektywy rosnącej w siłę klasy średniej, co miało przełożyć się na błyskawiczny wzrost konsumpcji wewnętrznej. W praktyce okazuje się, że inwestycje w Rosji (mówimy o spółkach notowanych na moskiewskiej giełdzie) są bliskim synonimem inwestycji w surowce energetyczne. Kiedy drożeje ropa naftowa i gaz okazuje się to receptą na sukces.

Rosyjski indeks RTS od połowy lutego 2009 roku wzrósł aż o 191 proc., co jest blisko pięciokrotnie lepszym wynikiem niż wypracowany przez chińskie akcje (+42 proc.) czy amerykańskie (+38 proc.). Wyłączenie Rosji z grupy BRIC może być więc dobrym pomysłem nie ze względu na gorsze perspektywy tego rynku, ale z powodu znacznie większego niż w przypadku Indii, Brazylii i Chin działania energetycznej dźwigni finansowej. W sytuacji odwrócenia wzrostowego trendu na światowych rynkach, jaką obserwowaliśmy pod koniec stycznia, na niekorzyść inwestora posiadającego jednostki funduszu lokującego kapitał w Rosji wpływa nie tylko spadek cen akcji i umocnienie dolara względem lokalnej waluty, ale dodatkowo spadek cen ropy i gazu, które są bliską pochodną silniejszego dolara.

Podsumowując, inwestor rozważający ulokowanie kapitału na rynkach wschodzących, powinien zdawać sobie sprawę, że kategoria ta nie jest jednorodna, a co za tym idzie, na stopę zwrotu wpływają różne czynniki. Mówiąc językiem finansistów posiadając w portfelu takie fundusze zwiększamy współczynnik beta. Mówiąc ludzkim językiem jest to miecz obusieczny – w zamian za szansę na wyższe zyski, godzimy się ponosić wyższe ryzyko. A w ostatnich tygodniach jest to tym bardziej istotne, że wzrosty na światowych giełdach stanęły pod dużym znakiem zapytania. Wysoka beta oznacza, że gdy spadają ceny akcji w USA, wyprzedaż na giełdach brazylijskiej, chińskiej, indyjskiej czy rumuńskiej przyjmuje bardziej dynamiczną formę.