Paradoksalnie, kilkadziesiąt miesięcy po wybuchu kryzysu rządy kilku państw – w tym USA i Wielkiej Brytanii – przypomniały sobie, że trzeba coś zrobić z winowajcami finansowego tsunami. Pomysłów jest całkiem sporo: ograniczyć skalę działalności finansowych molochów, być może nawet je dzielić – to tylko pierwsze z brzegu.

Czytaj także: Już tylko Davos może uratować wielkie banki przed podziałem

Problem tkwi w tym, że każdy argument rządów można zbić odpowiednim kontrargumentem ze strony banków. Ryzykowne operacje? A gdzie był nadzór, zwłaszcza w USA? Rozbuchane pensje i bonusy? Prywatne firmy mogą płacić, ile chcą. Wyciąganie rąk po publiczną pomoc? Jak dają, nie mając lepszego pomysłu – to czemu nie, to rządy bały się bankructw. Zresztą część banków tę pomoc właśnie zwraca. I tak dalej...

W tej sprawie jest nie jeden, lecz dwóch winnych – sektor finansowy i administracja publiczna. Zbyt często o tym się zapomina. Wszak o wiele łatwiej odmalować obraz wynędzniałego podatnika łożącego na utuczonego bankowca. Zwłaszcza gdy rządzący znajdują się w niezbyt ciekawej sytuacji politycznej, tak jak we wspomnianych USA i Wielkiej Brytanii.