Europejczycy po raz pierwszy w tym pokoleniu mogą rozkoszować się świadomością, że ich bezrobocie musiałoby wzrosnąć, żeby dorównać amerykańskiemu. W wielu krajach – USA się tu wyróżniają – spadek produkcji nie był tak znowu straszny, ale brutalnie wstrząsnął zatrudnieniem. W USA zniknęło o wiele więcej miejsc pracy niż w innych krajach – i znacznie więcej niż bywało w przeszłości.

W dużych gospodarkach na północy Europy – w Niemczech, Wielkiej Brytanii i we Francji – spadek produkcji był wyjątkowo przykry i o wiele większy, niż oczekiwano, ale zatrudnienie zmalało stosunkowo skromnie. Na geograficznych i ekonomicznych peryferiach Europy, zwłaszcza w Hiszpanii i w Irlandii, kryzys gospodarczy zebrał jednak swoje żniwo, zarówno w zatrudnieniu, jak i w produkcji.

USA kontra Europa

Nie wydaje się, żeby uznawaną dotychczas na całym świecie ekonomiczną więź między zatrudnieniem i produkcją – znaną jako prawo Okuna – można było nadal traktować jako wiarygodną, choć niepisaną zasadę. Wygląda nawet na to, że ten związek ma charakter dowolny. Jeśli natomiast chodzi o wpływ kryzysu finansowego i gospodarczego na gospodarstwa domowe i na społeczeństwo, to obligacje zabezpieczone wierzytelnościami są tu nieistotne: liczą się jedynie miejsca pracy – o tym, jaki jest koszt ich utraty – prezydent Barack Obama przekonał się w zeszłym tygodniu w Massachusetts.

Utrata zajęcia przez żywiciela rodziny wywołuje w niej wstrząs i złość; uporczywe bezrobocie odziera jednostki z nadziei i marzeń, powiększa i tak już rosnące obciążenia podatników, ogranicza poprawę standardu życia, a jego szkodliwe skutki rozprzestrzeniają się na całe regiony i pokolenia.

Co się więc dzieje na globalnych rynkach pracy? Według standardowej i godnej zaufania teorii USA – gdzie panuje kultura „przyjmuj i zwalniaj” – doświadczyły wprawdzie ostrego wzrostu bezrobocia, ale również zyskały pod względem wydajności (w wyrażeniu bezwzględnym i względnym). To dobrze im wróży na przyszłe lata. W przeciwieństwie do nich pracodawcy z dużych krajów europejskich i z Japonii powoli uświadamiali sobie powagę recesji i z przyczyn zarówno prawnych, jak i kulturowych podchodzili do niej mniej zdecydowanie, utrzymując zatrudnienie kosztem spadającej wydajności.

Według wypływających z tego toku myślenia przewidywań podczas nadchodzącego ożywienia wzrost liczby miejsc pracy będzie w USA znacznie bardziej gwałtowny niż w Europie, a ich pozycja na rynku globalnym poprawi się, gdyż doświadczyły już one bólów, zastosowały lekarstwo i będą się mogły cieszyć z powrotu do zdrowia.

Wydajność w dół

Opisowa część tej teorii musi zawierać prawdę, gdyż stanowi ona prezentację danych rzeczywistych. Conference Board, globalna organizacja biznesu, wylicza, że w 2009 roku produkcja na godzinę przepracowaną wzrosła w USA o 2,5 proc., choć w Europie zmalała o 1 proc. (w Wielkiej Brytanii – o 1,9 proc.). – Różnice zmian wydajności między USA i Europą są o wiele większe niż zwykle – mówi Bart van Ark, główny ekonomista Conference Board. – Jeśli chodzi o cięcia zatrudnienia i godziny pracy, to pracodawcy amerykańscy na recesję zareagowali o wiele silniej niż europejscy. Europejczyków denerwują przewidywania opierające się na tej teorii. Lorenzo Bini Smaghi, członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego, ostrzegł niedawno, że „jeśli wykorzystanie mocy wytwórczych nadal będzie niskie, utrata miejsc pracy może się nadal zwiększać”.

Z informacjami o wydajności wiążą się jednak ogromne problemy. Wspomniana teoria nie wyjaśnia bowiem, dlaczego sytuacja w Wielkiej Brytanii – gdzie podobnie jak w USA panuje kultura „przyjmuj i zwalniaj” – bardziej niż USA przypomina Niemcy i Francję, a faktycznie wypada nawet gorzej niż w tych krajach. Nie wyjaśnia też, dlaczego pracodawcy w USA zwalniali pracowników chętniej niż podczas poprzednich recesji – jak również tego, że pracodawcy brytyjscy i niemieccy trzymali tym razem z pracownikami; no i tego, że pracodawcy w Hiszpanii oraz Irlandii postępowali raczej jak pracodawcy z USA, a nie jak ich koledzy z północnej części Europy.

Statystyczne kłopoty

Jednym z wyjaśnień, którego nie sposób zlekceważyć, może być fakt, iż dane o produkcji są zwyczajnie błędne. Na całym świecie statystycy mają zwyczaj zaniżać wielkość produktu krajowego brutto – wskaźnika, za pomocą którego mierzy się wielkość produkcji danej gospodarki. Intrygujące jest przy tym, że poczynione w ostatnich latach pomyłki – udokumentowane przez Kevina Daly’ego z Goldman Sachs – odzwierciedlają pewne stereotypy narodowe. W okresie 1999–2006 optymistycznie nastawieni amerykańscy statystycy zawyżali wzrost PKB USA o 0,3 pkt proc. rocznie. Przejawiający bardziej trzeźwe podejście ich europejscy koledzy zaniżali te szacunki o około 0,5 proc. w skali roku.

Choć więc prasowe newsy uporczywie głosiły, że USA są gospodarką znacznie bardziej dynamiczną niż Europa, to ze skorygowanych danych wynika, że co najmniej 2/3 tej różnicy stanowiło statystyczny miraż. Jeśli wobec roku 2009 zastosować tradycyjne wzorce korekty tempa wzrostu PKB, okazałoby się zapewne, że jego spadek w USA jest większy, bardziej odpowiadający ograniczeniu liczby miejsc pracy i że sytuacja w Europie wygląda zupełnie inaczej.

Kolejny powód skłaniający do wątpliwości wobec tej prostej teorii wzrostu wydajności wysuwa Stefano Scarpetta, szef działu analiz zatrudnienia w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Dowodzi on, że kraje rozwinięte ucierpiały wskutek dwóch całkiem odmiennych typów recesji. Jeden z nich – charakteryzujący się boomem budowlanym, który poprzedzał spadek ogólnego popytu – wystąpił w Irlandii, Hiszpanii i USA; drugi – dotykający Niemcy, Francję, Japonię i Wielką Brytanię – dokonał się głównie poprzez załamanie ufności konsumentów i biznesu oraz ograniczenie wielkości handlu.

Wiele przemawia za poglądem, według którego różne drogi do załamania różnie wpływały na zatrudnienie. Choć bowiem kalifornijska firma budowlana wie, że w momencie nadejścia ożywienia będzie mogła ponownie zwiększyć zatrudnienie, to produkujące narzędzia nadreńskie przedsiębiorstwo nie ma przekonania, że znajdzie wówczas ludzi o potrzebnych mu umiejętnościach.

Wychodząc z tego założenia, Willem Buiter, główny ekonomista Cititgroup, posunął się nawet do sformułowania optymistycznego poglądu co do zatrudnienia w skali globalnej. – Naprawdę dobrą wiadomość może stanowić to, że w kontekście swojego systemu instytucyjnego i zmian popytu, zarówno USA, jak i Europa wybrały rozwiązania dobre – mówi. Dodaje jednak, że jest o wiele za wcześnie, by mieć pewność, że te wnioski utrzymają się w następnym roku.

Szczegółowe dane z konkretnych rynkach pracy dają uzasadnione powody, by wątpić w odbicie na rynku amerykańskim. Te same dane rzucają również cień na niektóre rynki europejskie, zwłaszcza w gospodarkach peryferyjnych.

Długo bez pracy

Stany Zjednoczone doświadczyły najgorszej – jeśli idzie o miejsca pracy – recesji od ćwierćwiecza: jedynym punktem odniesienia mogą tu być wczesne lata 80. XX wieku. Dane z rynku pracy sugerowały początkowo, że wzrost bezrobocia następuje dlatego, że ograniczenie przyjęć nastąpiło akurat w momencie, gdy mniej ludzi dobrowolnie opuszczało pracę i gdy skala zwolnień wzrosła trochę ponad zwykły (i wysoki) w tej gospodarce poziom. Ostatnio jednak wzrost bezrobocia był wprawdzie wolniejszy, ale spadkowi tempa zwolnień towarzyszyła uporczywie niska stopa wzrostu zatrudnienia.

Istnieje obawa, że wskaźnik przyjęć może nie powrócić do poprzedniego poziomu i że może być niższy aniżeli w latach 80. XX wieku. Pojawia się przekonanie, że dostosowania ekonomiczne nie dokonują się w Ameryce w tempie równie szybkim jak zwykle.

Amerykańscy bezrobotni – podobnie jak w Europie w latach 80. – coraz dłużej szukają zajęcia. Czterech na dziesięciu nie ma pracy od ponad sześciu miesięcy, a wielu całkowicie opuściło rynek pracy; stopa uczestnictwa w nim jest najniższa od 1985 roku. Długoterminowe bezrobocie w coraz mniejszym stopniu działa więc jako ogranicznik dążeń zatrudnionych do podwyżek płac. To wzmaga podejrzenia, iż trwałe tempo wzrostu całej gospodarki amerykańskiej może się skurczyć.

Częściowym powodem długotrwałego bezrobocia oraz wysokiej liczby osób wypadających z rynku pracy jest, jak się wydaje, zmniejszenie mobilności Amerykanów. Dane ostatniego spisu powszechnego za lata 2004–2008 pokazują ostry spadek odsetka Amerykanów przenoszących się z jednej części kraju do drugiej. – To poważny, długofalowy problem – mówi David Autor, ekonomista z Massachusetts Institute of Technology. – Zniechęceni ludzie mogą mieć kłopoty z powrotem na rynek pracy, a kiedy im się to uda, ich pensje są generalnie mniejsze, a zatrudnienie – mniej stabilne.

Dramat na peryferiach

W najgorszej pod tym względem sytuacji są peryferyjne gospodarki Europy, zwłaszcza Hiszpania. Firmy zwalniają tam młodych, mniejszości etniczne i ludzi słabo wykwalifikowanych, a strzegą pracowników starszych i bardziej kosztownych. Stefano Scarpetta z OECD oblicza, że 85 proc. zwolnień w Hiszpanii dotyczyło osób na umowach okresowych, we Włoszech zaś prawie 100 proc.

Tak więc Hiszpanię dotyka nie tylko okrutny problem bezrobocia, obejmującego prawie 20 proc. siły roboczej, ale także brak elastyczności wewnątrz tamtejszych firm. Istnieją obawy, że takie kraje stracą w nadchodzących latach nie tylko miejsca pracy, ale i poziom wydajności. Duże gospodarki europejskie mają natomiast to szczęście, że długoterminowe bezrobocie jest tam niskie, wzrost liczby tracących pracę ograniczony, a wprowadzone przezeń okresowe programy zatrudnienia niespodziewanie zyskują pochwały.

Pojawiają się jednak specyficzne dla poszczególnych krajów obawy o przyszłość. W Niemczech dotyczą one głównie wzrostu bezrobocia w momencie, gdy wygasną rządowe programy Kurzarbeit (pracy w krótszym wymiarze). W Wielkiej Brytanii wiążą się z zapowiadanymi na przyszły rok cięciami wydatków publicznych. Co więcej, wykazywana przez europejskie firmy tendencja do zatrzymywania pracowników kosztem mniejszych zysków może nie być trwała. Poza tym nie zapowiada ona obfitości nowych miejsc pracy podczas ożywienia.

Choć kraje północy Europy zadowolone są obecnie ze stanu swoich rynków pracy, szczegółowe dane sugerują, że należy zachować ostrożność – zarówno oczekując boomu przyjęć w USA, jak i gwałtownego dostosowania się Europy do nowych wzorców popytu i zatrudnienia. W końcu może się okazać, że te dziwne zjawiska na globalnych rynkach pracy to nie jest żaden cud.