Wiadomo, że Paul Volcker były szef Rezerwy Federalnej, jest najszczęśliwszy, kiedy gdzieś nad jeziorem lub rzeką, z dala od chaosu Nowego Jorku i Wall Street, łowi pstrągi. – Na rybach jest wspaniałym kompanem – mówi Jim Wolfenshon, były szef Banku Światowego, który zatrudnił Paula Volckera w swojej firmie inwestycyjnej, gdy ten odszedł z Fed. – Nie musi cały czas mieć się na baczności – no, i nikt go nie wypytuje o poglądy na temat stóp procentowych.

Bat na banki

Teraz Paul Volcker zbiera owoce spokoju i cierpliwości. Rok temu przedstawił raport zalecający wprowadzenie restrykcji wobec banków, które prowadzą działalność obciążoną wysokim ryzykiem – m.in. obrót papierami wartościowymi na własny rachunek – a zarazem korzystają z finansowanego przez podatników ubezpieczenia depozytów.

Raport zignorowano. W ciągu ostatniego roku można było odnieść wrażenie, że chociaż Paul Volcker odegrał ważną rolę w kampanii wyborczej Baracka Obamy, potem odesłano go na bok. Dano mu stanowisko przewodniczącego jednego z komitetów doradczych, ale to inni tworzyli politykę: sekretarz skarbu Tim Geithner, szef Krajowej Rady Gospodarczej Larry Summers i dyrektor ds. budżetu w Białym Domu Peter Orszag.

Jednak w zeszłym tygodniu były szef Fed stał u boku Baracka Obamy, gdy prezydent opowiedział się (wbrew zastrzeżeniom głównych doradców ekonomicznych) za tym, co nazwał „ustawą Volckera” – przepisem zakazującym bankom prowadzenia obrotu na własny rachunek. Był to już drugi triumf 82-letniego Paula Volckera: trzy miesiące wcześniej oświadczył się swojej wieloletniej, ultra lojalnej i równie cierpliwej sekretarce, Anke Dening. Dla niego samego i jego admiratorów ten powrót do wpływu na politykę to zaledwie najnowszy epizod w długiej historii jego działalności w służbie publicznej.

>>> Polecamy: Ludzie nie chcą już wierzyć w finansowe nowinki

Paul Volcker urodził się tuż przed Wielkim Kryzysem, 5 września 1927 r. Wychował się w stanie New Jersey w mieście Teaneck, gdzie jego ojciec zasiadał w zarządzie miasta. Był namiętnym kibicem drużyny baseballowej Brooklyn Dodgers. Ukończył z najwyższym odznaczeniem uniwersytet Princeton, po czym podjął studia magisterskie na Uniwersytecie Harvarda, na wydziale administracji publicznej. Odbył wtedy staż w Fed. Ukoronowaniem wielu lat w Fed i w Ministerstwie Skarbu, przeplatanych okresami pracy w sektorze prywatnym, była nominacja na stanowisko prezesa Fed, otrzymana w 1979 r. z rąk Jimmy’ego Cartera. W tej roli wsławił się zdławieniem inflacji z lat 70. – co prawda ogromnym kosztem w postaci strat produkcji i miejsc pracy.

Społeczna służba

W owych czasach należał do najbardziej znanych postaci publicznych, ale zawsze żył oszczędnie. – Palił cygara po 10 centów, między Waszyngtonem a Nowym Jorkiem latał nocnymi samolotami i nigdy pierwszą klasą – jak prawdziwy sługa społeczeństwa. Miał chorowitą żonę i prawie żadne dochody – wspomina Jim Wolfenshon. Z Fed odszedł ponad 20 lat temu. Od tego czasu, zamiast uganiać się za lukratywnymi posadami na Wall Street, obsadził się w roli leciwego męża stanu świata finansów.

W 2005 r. podjął się prowadzenia dochodzenia (trwało półtora roku) w sprawie korupcji w programie ONZ „ropa naftowa za żywność”. Przyjaciele mówią, że ma poczucie obowiązku, które każe mu wykorzystywać doświadczenie do rozwiązywania bieżących problemów – i wyraźnie postępowe skłonności.

– Można zrozumieć, że niektórzy uważają go za uosobienie biurokraty – ale tak naprawdę bardzo leży mu na sercu sprawiedliwy podział zasobów i to, żeby nasz kraj był coraz lepszy – mówi Jim Wolfenshon. Paul Volcker już dawno skonstatował ze zgrozą, że na Wall Street brak cechy, którą jego dawny podopieczny Gerry Corrigan nazywa „kwalifikacjami męża stanu w finansach”. Od wybuchu kryzysu coraz krytyczniej ocenia banki.

W połowie 2009 r. zażartował, że w ostatnich czasach jedynym pożytecznym wynalazkiem w bankowości był bankomat. Pod koniec roku powtarzał tę opinię już całkiem serio.

Staromodny...

Niektórzy bankowcy odpowiadają, że Volcker pogubił się w XXI-wiecznym świecie cyberfinansów. Nie da się zaprzeczyć, że ma zwyczaje z innej epoki: nie chce korzystać z poczty elektronicznej, pisze ręcznie (albo dyktuje pani Dening), a jego aparatowi słuchowemu daleko do doskonałości.

Część bankowców – a nawet urzędników państwowych – kwestionuje także cel ataku, jaki obrał sobie Paul Volcker. Zarzucają, że skoncentrował się na „obrocie właścicielskim”, który wcale nie odegrał wielkiej roli w kryzysie finansowym. Dowodzą, że rozróżnianie między ryzykiem, podejmowanym przez banki na własny rachunek, a tym związanym ze świadczeniem na rzecz klientów usług takich, jak organizacja rynku, sekurytyzacja i tworzenie zindywidualizowanych derywatów, jest znacznie łatwiejsze w teorii niż w praktyce. Poważne restrykcje grożą pogorszeniem obsługi klientów i mogą wygnać działalność za granicę. – On chyba tego nie chwyta. Widać oczywiste niezrozumienie złożoności światowych finansów – mówi były urzędnik państwowy.

... czy nowoczesny?

Natomiast zwolennicy Paula Volckera utrzymują, że on zna się na ryzyku lepiej niż większość obecnych „cudownych dzieci”, a jego projekt ma przeciwdziałać następnemu kryzysowi. Tak czy inaczej, jego apel o powrót do podstaw znajduje obecnie znaczny oddźwięk wśród zarówno republikanów jak i demokratów.

Nic dziwnego, że po niepowodzeniu w niedawnych wyborach do senatu stanu Massatchusetts, Barack Obama sięgnął po plan Volckera jako motor kontrofensywy politycznej. Nawet jeśli Paul Volcker był zaskoczony tą decyzją, to tego nie okazał. – On wie, że ryba czasem bierze, a czasem nie – mówi były sekretarz skarbu, Nick Brady – ale zawsze cieszy się, gdy wyciąga ładną sztukę. Po Waszyngtonie krąży też inny dowcip. Mówi się, że Paul Volcker, który mierzy 2 metry, jest po prostu „za wielki, by upaść”.