Odsiecz nadeszła w ostatniej chwili. Rano WIG20 spadał już o ponad 1 proc., wybijając się z kanału wzrostowego, w którym przebywa od końca sierpnia i inwestorzy mogli liczyć już tylko na to, że przewidziana na 14:30 publikacja danych w USA zmieni obraz rynku. I faktycznie udało się to osiągnąć.

Z amerykańskim PKB jest trochę tak, jak z wczorajszą deklaracją premiera Polski. Po oficjalnej zapowiedzi, że nie będzie ubiegał się o prezydenturę, szybko znaleźli się obserwatorzy, którzy "przewidzieli" taki rozwój wydarzeń, tylko akurat nikt nie zapytał ich o zdanie. Gdyby się nad tym zastanowić, również można byłoby przewidzieć, że Amerykanie raz jeszcze uratują światowe rynki przed głębszymi spadkami. Ale tylko niewielu dostrzegło faktycznie taką możliwość.

Do końca sesji WIG20 zdołał nie tylko odrobić straty, ale także wyjść na 0,8-proc. plus i tym samym wrócił do kanału wzrostowego. Nie przesądza to bynajmniej o osiągnięciu wkrótce nowych szczytów, ponieważ obroty nie były wysokie, dopiero na końcowym fixingu pojawiło się więcej transakcji. Na wykresie dziennym widać, że wstążki MACD rozjechały się mocno, co zwykle sugeruje, że rynek dojrzał do korekty (w tym wypadku kilkudniowego trendu spadkowego). Kontynuacja odbicia w poniedziałek nie byłaby więc dużym zaskoczeniem. Ale na dłuższą metę potrzebne będzie paliwo do kontynuacji wzrostów. Poprawa w amerykańskiej gospodarce wynika głównie z odbudowy zapasów i postawy konsumentów, wspieranej przez ulgi podatkowe i politykę Fed. Gdy wsparcia zabraknie, dynamika wzrostu może spowolnić i inwestorzy zapewne zdają sobie z tego sprawę. Szczęśliwie, inne opublikowane dziś dane wskazują, że to oczekiwane spowolnienie może nie być głębokie. Do 61,5 pkt wzrósł indeks PMI dla regionu Chicago (a oczekiwano spadku do 57,5 pkt), bardziej niż oczekiwano wzrósł też indeks nastrojów Uniwersytetu Michigan. Rynkom przydałoby się potwierdzenie dobrych tendencji w postaci danych z rynku pracy, które zostaną opublikowane w środę (raporty prywatnych instytucji) i piątek (dane rządowe). Znów będzie więc na co czekać.

Dolar umacniał się dziś czwarty dzień z rzędu (i ósmy na ostatnich dwanaście sesji) i choć jest najmocniejszy od pół roku, to po takiej serii wskaźniki techniczne weszły w obszar wyprzedania ograniczając miejsce na dalszy spadek euro. U nas dolar spadł po nieudanej próbie przebicia 2,93 PLN poniżej 2,90 PLN, a euro poniżej 4,03 PLN. Poniżej 2,75 PLN spadły też notowania franka. Inwestorzy doceniają więc zapowiedzi rządu dotyczące ograniczenia deficytu budżetowego i zadłużenia państwa, choć póki co więcej w nich zapowiedzi właśnie, niż konkretnych projektów. Na początek jednak wystarczyło, ponieważ rzeczywiście rysuje się polityczna szansa na realizację tych zamierzeń.
Ropa podrożała dziś o 0,7 proc. i wróciła powyżej 74 dolarów za baryłkę. Złoto i miedź zdołały utrzymać czwartkowe minima cenowe.