Grecki premier przekonywał wczoraj swój rząd do zapoczątkowania reform, które pozwolą uporać się z sięgającym 300 mld euro długiem publicznym i opanować kryzys finansowy zagrażający całej strefie euro. Tuż przed spotkaniem Georgiosa Papandreu z ministrami Transparency International opublikowała raport, z którego wynika jednoznacznie: jeśli Grecja chce uniknąć katastrofy, musi nie tylko zacząć oszczędzać, ale też zredukować jeden z najwyższych w Europie poziomów systemowej korupcji.

Nie dajesz, nie grasz

W ubiegłym roku statystyczny dorosły Grek wydał na łapówki aż 1335 euro. W sumie greckie gospodarstwa domowe kosztowało to aż 787 mln euro, o 23 proc. więcej niż dwa lata wcześniej – wynika z najnowszego raportu TI poświęconego Grecji. Według dokumentu główną formą drobnego greckiego łapówkarstwa są tzw. fakelaki: zwyczajowe prezenty wręczane w kopercie np. lekarzom, od których zależy przyjęcie do państwowego szpitala, czy egzaminatorowi prawa jazdy, by przychylnym okiem spojrzał na zdającego. W biznesowych kontaktach z urzędnikami wydającymi różnego typu pozwolenia dominuje za to tzw. grigorosimo: pieniądze, które mają przyspieszyć uzyskanie potrzebnego certyfikatu.

Drobne przekupstwa tkwią w greckiej codzienności tak głęboko, że nikt nie musi się nawet ich domagać. Zaledwie 13 proc. ankietowanych Greków przyznaje, że zostali bezpośrednio zmuszeni do uiszczania dodatkowych opłat. Jednocześnie zjawisko wydaje się powszechne: jedynie co dziesiąty obywatel uważa, że greckie państwo funkcjonuje uczciwie. Efekt jest taki, że w zeszłorocznym rankingu postrzegania korupcji Grecja zajęła 71. miejsce. Spośród krajów UE gorsza była tylko Rumunia. Co więcej, sytuacja wciąż się pogarsza. Od 2004 roku Grecy spadli w rankingu Transparency aż o 22 pozycje.

Wycieka 30 proc. PKB

Choć badanie TI obrazuje jedynie najniższe piętro korupcyjnego problemu, większość znawców tematu uważa, że to tutaj tkwią przyczyny dramatu, który od lat ciągnie na dno całą grecką gospodarkę. – Na drobnej korupcji nigdy się nie kończy. Zawsze występuje ona w pakiecie z unikaniem płacenia podatków, prowadzeniem niezgłoszonej działalności gospodarczej, patronażem i nepotyzmem. Całość składa się na tzw. szarą strefę: pieniędzy, które są w obiegu, ale nigdy nie trafiają do państwowego budżetu – uważa Stavros Katsios, który bada grecką korupcję na Uniwersytecie Jońskim na Korfu. Katsios ocenia, że rozmiar tej „nieformalnej gospodarki” to w przypadku Grecji ok. 25 – 30 proc. całego PKB, grubo powyżej średniej dla najbardziej rozwiniętych krajów OECD, do których pod względem dochodu narodowego aspirują Ateny. – Można się tu dopatrywać uwarunkowań historycznych i kulturowych, trzeba jednak przyznać, że w obliczu zachodnich standardów nasza korupcja jest zwyczajną patologią – mówi nam Constantinos Filis z Instytutu Studiów Strategicznych w Atenach.

Na dodatek od czasu wstąpienia do UE problem nie jest już tylko wewnętrzną sprawą Greków. Zwłaszcza że Ateny należą od lat do głównych konsumentów unijnych funduszy. Tylko w 2008 roku do Grecji popłynęło aż 6,3 mld euro, daleko więcej niż do uboższej, ale mniej doświadczonej w zdobywaniu unijnych pieniędzy Polski, która zaabsorbowała 4,4 mld. Sam mechanizm wspólnej polityki rolnej daje greckim farmerom ok. 2,5 mld euro rocznie. – Duża część tych pieniędzy trafiła do Grecji pomimo chaotycznych i mało wiarygodnych danych statystycznych przedstawianych przez Ateny. Nie można powtórzyć tego błędu – alarmował kilka dni temu w rozmowie z Sueddeutsche Zeitung Walter Radermacher, główny inspektor unijnego ośrodka statystycznego Eurostat.

1335 euro wydał na łapówki w ubiegłym roku statystyczny Grek