Igrzyska w Vancouver nie miały najlepszej prasy, Kanadyjczycy zaczęli je jednak w dobrym nastroju, który bliżej końca imprezy przeszedł w ogólnonarodową euforię. Okazało się że wyszło lepiej, niż się spodziewali – oni i cały świat.

Złote kanadyjskie igrzyska zawstydziły krytyków – napisano z wielką satysfakcją w gazecie Vancouver Sun, wyliczając wszystkie pozytywne opinie ze światowych mediów (zwłaszcza angielskich), które wcześniej nie zostawiały na Vancouver suchej nitki. „The Times 18 lutego ośmieszał »katastrofalne igrzyska«, w końcu jednak skwapliwie zwrócił honor naszemu programowi przygotowań »Own the Podium« (Posiądź podium). »Kanada posiadła chrzanione podium«, napisali. Przyznali też, że Rosjanom w Soczi w 2014 roku ciężko będzie nam dorównać” – cieszyli się w Vancouver Sun.

3 miliony par rękawiczek

Igrzyska w dużej części zawdzięczają sukces atmosferze stworzonej przez publiczność – Kanadyjczycy przeżywali je z oddaniem, jakiego nie zaobserwowano dotąd u żadnych innych gospodarzy. Ich patriotyczny przypływ przyniósł namacalny efekt – 12 mln dolarów kanadyjskich, które zasilą „Own the Podium” (ze sprzedaży 3 milionów par czerwonych rękawiczek – oficjalnego gadżetu igrzysk).

W zamian dostali solidną porcję poruszających serce olimpijskich historii. Pierwszy złoty medal olimpijski wywalczony na własnej ziemi zdobył dla nich narciarz dowolny Alex Biledau. Żeby było piękniej, pokonał faworyta Dale’a Begg-Smitha, który rodzime Vancouver zdradził przed laty dla Australii. Łyżwiarka Joannie Rochette na oczach publiczności przeżywała żałobę, aby dwa dni po śmierci matki zdobyć brązowy medal. Wreszcie spełniła się największa fantazja Kanadyjczyków, wyznawców hokejowej religii. Ich uwielbiany Sidney Crosby strzelił gola w dogrywce finału.

Zdobyty w ten sposób 14. złoty medal – rekord w zimowych igrzyskach – liczył się mniej niż nagła śmierć zadana Amerykanom. Obok Brytyjczyków należeli oni do największych krytyków igrzysk, a według północnoamerykańskich kryteriów je wygrali. W sumie zdobyli bowiem najwięcej medali – 37 wobec 26 dla gospodarzy. Kanadyjczycy z dumą cytują publikowane w Europie tabele medalowe, w których kryterium jest liczba złotych medali – tu oczywiście oni są górą.

Zaciskanie pasa czy prosperity

Prędzej czy później Kanadyjczycy będą musieli stawić czoła informacji, ile za to wszystko zapłacili. 580 mln na obiekty olimpijskie i 1,78 mld budżetu operacyjnego komitetu Vanoc to tylko część kosztów. Na ostateczny rachunek trzeba będzie poczekać może nawet lata. Dziś nad ranem polskiego czasu minister finansów prowincji Kolumbia Brytyjska Colin Hansen przedstawił plan finansów publicznych na najbliższy rok podatkowy. Powszechnie spodziewano się cięć i zaciskania pasa. Kieszenie podatników odczują olimpijskie szaleństwa.

W Vancouver wiele jednak zrobiono, aby uniknąć losu Montrealu, który przez 30 lat spłacał 1,5 mld długu po igrzyskach w 1976 roku. Miasto wciąż nie znalazło sposobu na pokrycie kosztów utrzymania stadionu Big Owe. W przeciwieństwie do Montrealu, Aten, Pekinu czy większości miast, które na olimpijskich inwestycjach traciły, Vancouver ma plan na zagospodarowanie relatywnie skromnych obiektów. Dużo więcej wydano na autostradę do Whistler i linię metra, ale nie ma niebezpieczeństwa, że te inwestycje staną się kulą u nogi lokalnego społeczeństwa.

Wręcz przeciwnie – mogą stymulować jego rozwój, przyciągać nowy biznes i turystów. Niezależna organizacja badawcza The Conference Board of Canada przewiduje, że Kolumbia Brytyjska może spodziewać się w przyszłym roku 3,7-procentowego wzrostu gospodarczego, najwyższego w całej Kanadzie. I w dużej części będzie to efekt igrzysk. Wpływy mogą sięgnąć 770 mln dol.

Kontenerowiec ferrari

To mogłoby zrównoważyć obecne olimpijskie długi Vancouver – około 700 mln dol. na spłacenie luksusowego osiedla, w którym mieszkali sportowcy. Miasto musi jak najszybciej sprzedać 474 apartamenty w cenie ok. 10 mln jeden. Pesymiści porównują to do posiadania kontenerowca pełnego ferrari. Świetne samochody, ale rynek ograniczony. – Igrzyska były najlepszą kampanią reklamową. Sprzedamy je w ciągu roku lub dwóch – uważa burmistrz Vancouver Gregor Robertson. Gdyby Vancouver udało się zarobić na igrzyskach, byłby to zaledwie drugi taki przypadek po Los Angeles 1984.