Jego powstanie oznacza również, że po raz pierwszy państwa i koncerny z UE będą miały wpływ na infrastrukturę energetyczną na terenie byłego ZSRR.

Pomysł Janukowycza jest dość klarowny: aby Ukraina utrzymała status państwa tranzytowego, należy powołać konsorcjum, w którym udziały zostaną podzielone po jednej trzeciej dla Rosji (Gazprom), Unii Europejskiej (stroną umowy o konsorcjum mają być rządy lub koncerny, wymieniany jest niemiecki E.ON Ruhrgas i francuski Gaz de France) i Ukrainy (UkrTransGaz, czyli operator gazociągów). W zamian Kijów oczekuje od UE pieniędzy na modernizację swoich gazociągów, co pozwoli zwiększyć ich przepustowość (wg planu Janukowycza przedstawionego podczas wywiadu dla CNN do 200 mld m sześc., czyli o 60-80 mld m sześc.). Warunkiem jest również rezygnacja Rosji z budowy kosztownego gazociągu południowego omijającego Ukrainę pod Morzem Czarnym, co zapewnia Kijowowi utrzymanie roli państwa tranzytowego i ważnego gracza w Europie.

Według Janukowycza korzyści z takiego porozumienia będą mieli wszyscy: Bruksela zyska wgląd w to, ile gazu płynie i jest magazynowanego na Ukrainie, co zwiększy bezpieczeństwo jego dostaw na Zachód; Ukraina zarobi na opłatach tranzytowych, po tym jak zwiększy się przepustowość gazociągów i będzie mogła regulować zobowiązania za surowiec wobec Gazpromu (Janukowycz chce gwarancji od Rosjan, by rocznie przesyłali co najmniej 100 mld m. sześc. gazu), z kolei Moskwa zaoszczędzi na budowie South Stream i zyska pewność, że Ukraińcy nie podkradają surowca z rury (przy obecnych niskich cenach gazu taka inwestycja jest rzeczywiście nierealna).

>>> Czytaj więcej: Janukowycz jedzie zakończyć gazowe wojny