Od czasu, gdy rosyjski monopolista Gazprom zapowiadał, że w ciągu paru lat stanie się pierwszą w świecie firmą energetyczną, której wartość rynkowa sięgnie biliona dolarów, zmieniło się wiele.

Wskutek recesji w zeszłym roku zmalało zużycie gazu w Europie, niższe są też perspektywy popytu w średnim okresie. Zapotrzebowanie USA na gaz płynny (LNG) z importu jest w efekcie „łupkowego boomu” znacznie mniejsze, niż poprzednio prognozowano. Dostawy LNG skierowano zatem do Europy, a jego ceny na rynku natychmiastowym (spot) zawaliły się. To zagraża stosowanej przez Gazprom w długoterminowych umowach z europejskimi klientami formule „bierz lub płać”, łączącej ceny gazu z ponownie zwyżkującymi cenami ropy.

Obecnie Gazprom zgadza się te nienaruszalne wcześniej umowy na trzy lata dostroić do „kryzysowych” warunków. Do 15 proc. sprzedaży takim odbiorcom, jak niemiecka Eon Ruhrgas, włoska Eni i GDF Suez z Francji, będzie powiązane z cenami spot. Gazprom twierdzi, że mimo to „podstawowe zasady” kontraktów są zachowane. Podczas niedawnej prezentacji objazdowej dla inwestorów koncern przedstawiał raczej optymistyczne prognozy popytu w Europie, choć inni, np. Międzynarodowa Agencja Energetyczna, przewidują wieloletnią nadpodaż. Gazprom twierdzi też, że rynek spot jest za mały, by zachwiać jego pozycją, a z produkcją gazu z łupków wiąże się duże zagrożenie dla środowiska. Moskiewska firma VTB Capital sugeruje, że zmiany w umowach spowodują w 2010 roku spadek wpływów Gazpromu o niespełna 0,5 proc.

Inwestorów będzie jednak niepokoić, że wskutek zwrotu w układzie popytu i podaży renegocjacja umów może być początkiem ich zmian. Ambicjom Gazpromu, który chciał stać się dużym eksporterem do USA, na przeszkodzie stanął gaz z łupków, a nadzieje na wielkie dostawy do Chin są odległe. Gazprom musi więc zrobić coś więcej, by przekonać inwestorów, żeby nie wyceniali go dużo niżej niż cały rosyjski rynek, który i tak jest nadzwyczaj tani.