FELIETON

W tym artykule znalazły się sugestie, że znany ekonomista, partner w jednej z wielkich firm doradczych wpłynął swoimi artykułami na decyzję MNiSW, które zamówiło w tejże firmie opracowanie strategii rozwoju polskiej nauki o wartości kilku milionów złotych. Żeby uwiarygodnić tę informację, autorka powołuje się na dobrze poinformowane źródło rządowe.

Warto przypomnieć, że wspomniane zamówienie dotyczyło strategii szkolnictwa wyższego o wartości netto 1,5 mln zł, a zamówienie miało formę przetargu w zgodzie z prawem o zamówieniach publicznych. Ten „znany ekonomista” musiałby mieć naprawdę niesamowitą siłę przebicia, ponieważ konieczność opracowania odnośnej strategii wynikała z przyjętych o wiele wcześniej dokumentów akceptowanych przez całą Radę Ministrów.

Ale ten przykład to drobiazg, natomiast główny wątek wspomnianego artykułu autorstwa znanej Pani Redaktor na literę S wymaga głębszej dyskusji. Jak zapewnić, żeby formułowane ekspertyzy odzwierciedlały poglądy eksperta, a nie były pisane pod dyktando firm, którym dana ekspertyza jest na rękę? W jakim zakresie ujawniać afiliację eksperta? Czy należy odróżniać sytuację, w której ekspertyza jest korzystna dla danej firmy, ale także dla społeczności (kraju), od takiej, w której ekspertyza jest korzystna dla danej firmy, ale na przykład powoduje straty podatników lub konsumentów?

Jak wiadomo, ludzie różnią się w poglądach. Często dwóch analityków patrzy na te same dane, na przykład na raporty ze spółki giełdowej. I jeden rekomenduje sprzedaż akcji, a drugi kupno. To dlatego, że nie istnieją fakty, tylko ich różne percepcje, uwarunkowane kulturowo czy wynikające z różnego wykształcenia. Firmy sięgają więc po tych ekspertów, których poglądy wyrażane w pracach naukowych lub publicystycznych są zbieżne z poglądami danej firmy. Jeżeli rząd chce podejmować dobre decyzje, to powinien zadbać o to, żeby korzystać z rad ekspertów o zróżnicowanych poglądach. Jeden ze znanych bankierów centralnych mówił, że szkoda mu czasu na spotkanie z ekonomistami, którzy się z nim zgadzają – on spotyka się z tymi, którzy mają inne zdanie, i stara się zrozumieć, kto ma rację i dlaczego. U nas na wysokich stanowiskach publicznych raczej preferuje się potakiwanie, co generuje ryzyko złych decyzji.

W minionych 20 latach świadczyłem pośrednio lub bezpośrednio usługi w dziedzinie informatyki, ekonomii i finansów, odpłatnie i nieodpłatnie, na rzecz prawie 100 podmiotów sektora publicznego, prywatnego, organizacji pozarządowych z wielu różnych dziedzin w kilkunastu krajach, w tym dla OECD, Komisji Europejskiej, Banku Światowego, Sejmu, dla kilku polskich rządów, dla rządów Wielkiej Brytanii i Japonii. Pełna lista wypełniłaby całą przestrzeń przeznaczoną na ten felieton. Dłuższe formy mojej współpracy z różnymi instytucjami, czyli takie, które odpowiadały za znaczną część moich dochodów uzyskiwanych w danym okresie, są wymienione na moim profilu w LinkedIn oraz na mojej stronie internetowej www.rybinski.eu. Nie mogę podać publicznie nazw wszystkich firm, z którymi współpracowałem lub współpracuję, ponieważ niektóre kontrakty są objęte tajemnicą zawodową albo projekty są innowacyjne i mogą dać danej firmie przewagę konkurencyjną, więc ich przedwczesne ujawnienie może generować ryzyka biznesowe i korzyści dla konkurencji.

Mój osobisty przykład może służyć do zaproponowania pewnej reguły postępowania. Każdy ekspert powinien podać do publicznej wiadomości listę przeszłych i obecnych afiliacji, jeżeli dochód z tytułu takiego kontraktu lub zatrudnienia stanowi(ł) istotną część uzyskiwanego łącznego dochodu. Wtedy każdy może sobie eksperta wygooglować i sprawdzić, czy jest niezależny. Natomiast nie można oczekiwać, żeby każdy podał listę wszystkich swoich ekspertyz lub firm, dla których pracował, bo często są to nieznaczne dochody, a czasami nie można z powodu tajemnicy zawodowej.

Jest taki stary kawał. Łoś, uciekając przed nagonką, skoczył przez drut kolczasty, ale tak nieszczęśliwie, że zahaczył przyrodzeniem. Ranny łoś wpada na polanę, a tutaj piękna klępa. – Cześć, łosiu, jestem klępa Big Cyc, a ty? – A ja – odpowiada łoś, patrząc smętnie na ranę między nogami – jestem łoś, po prostu łoś. Niektórym się wydaje, że w pełni niezależny ekspert nie powinien mieć żadnej biznesowej afiliacji, bo wtedy reprezentuje wyłącznie swoje poglądy. Na taki luksus mogą sobie pozwolić bardzo nieliczni. A tymczasem percepcja otoczenia jest taka, że jak w mediach pojawia się ekspert bez żadnej afiliacji – czyli z podpisem „niezależny ekspert” – to przypomina łosia z tego kawału.

Życzę Paniom spełnienia marzeń z okazji 8 marca.