Odebranie Wielkiej Brytanii najwyższego ratingu ryzyka kredytowego AAA byłoby nie lada sensacją. Już sama groźba rzucona przez agencję ratingową Fitch budzi spory niepokój na europejskim rynku.

Londyńskie kłopoty finansowe zaczynają przy tym niebezpiecznie przypominać problemy unijnych maruderów: Hiszpanii, Portugalii czy Grecji. Wielką Brytanię ciągnie również w dół mało klarowna sytuacja polityczna przed zaplanowanymi na wiosnę wyborami. Jeśli nie wyłonią one silnej większości, na zdecydowane reformy gospodarcze nie ma co liczyć.

„Nie jesteśmy zadowoleni z prezentowanych przez Londyn planów konsolidacji finansów publicznych” – ogłosiła renomowana agencja ratingowa Fitch. Ostrzeżenie ma zmobilizować Londyn do bardziej odważnych posunięć w walce z ogromnym zadłużeniem publicznym. Wczoraj premier Gordon Brown zapowiedział wprawdzie, że w ogłoszonym 24 marca projekcie budżetu znajdzie się plan oszczędnościowy. Będzie w nim na przykład mowa o zamrożeniu pensji najlepiej zarabiających pracowników sektora publicznego: menedżerów systemu opieki zdrowotnej (tzw. NHS), sędziów, generalicji i służby cywilnej. Zdaniem premiera rozwiązanie przyniesie do roku 2013, 2014 ok. 3 mld funtów. Według Fitch to jednak zdecydowanie za mało.

Brown oszczędza, ale za mało

Renomowaną agencję ratingową martwi zwłaszcza zbyt – ich zdaniem – powolne tempo reform. – Jeśli w średnim okresie nie dostaniemy dowodów, że Londyn zamierza zacisnąć pasa, będziemy mieć powody do niepokoju – ostrzega Fitch.

Agencji ratingowej, od której wyroku zależy to, na jakich warunkach rynki będą pożyczały brytyjskiemu rządowi pieniądze, przeszkadza zwłaszcza ogromny deficyt budżetowy w wysokości 12,6 proc. PKB oraz dług publiczny, który sięgnie w 2011 r. 88 proc. i ma tendencję wzrostową. Te wyniki stawiają Wielką Brytanię w szeregu krajów takich jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania, których problemy z wypłacalnością najbardziej martwią dziś unijnych partnerów.

Problem z budżetówką

To niejedyne punkty wspólne łączące wyspiarzy z krajami południa Europy, czyli tzw. PIGS (od angielskich nazw Portugalii, Włoch, Grecji i Hiszpanii) uzupełnionych w czasie obecnego kryzysu o Irlandię. Według najnowszego studium londyńskiego ośrodka analitycznego Policy Exchange Wielka Brytania oprócz problemów z zadłużeniem i mizernymi prognozami wzrostu zaczyna mieć poważne problemy strukturalne. – Od czasu dojścia laburzystów do władzy w 1997 r. produktywność sektora publicznego spadła o cztery procent, podczas gdy w sektorze prywatnym wzrosła o 23 proc. A to wszystko przy wyższym o 15 proc. wzroście płac budżetówki – czytamy w raporcie. Problem z mało produktywnym sektorem publicznym już dziś jest kulą u nogi, która obniżającą szanse na szybkie odbicie się greckiej, włoskiej czy hiszpańskiej gospodarki.

Wyspiarzy ciągną też w dół silne powiązania ich gospodarki z zadłużoną i zmagającą się z najwyższym w Europie bezrobociem Hiszpanią, która jest tradycyjnie jednym z głównych brytyjskich partnerów handlowych. Tylko w 2009 r. spadły one o 31 proc. Ucierpiały na tym zwłaszcza najbardziej znane brytyjskie firmy jak Vodafone, Burberry czy British Airways, dla których południe Europy jest od lat priorytetowym (po Niemczech) kierunkiem biznesowej ekspansji.

Wybory za pasem

Groźba obniżenia ratingu Wielkiej Brytanii nie dziwi ekspertów. – Brytyjczycy od lat prowadzą mało zdyscyplinowaną politykę budżetową, licząc na siłę swojej waluty i sektora bankowego. Mogą się jednak przeliczyć i zapłacić wyższymi kosztami obsługi zadłużenia, jeżeli rzeczywiście dojdzie do obniżenia ratingu – mówi nam Fredrik Erixon, dyrektor brukselskiego instytutu analitycznego ECIPE.

Tym bardziej że na szybkie zaciśnięcie pasa przez Londyn raczej się nie zanosi: w maju czekają Wielką Brytanię wybory parlamentarne, po których – według najnowszych sondaży – zarówno rządzący laburzyści, jak i opozycyjni torysi mogą mieć problemy ze zdobyciem absolutnej większości w Izbie Gmin.