ROZMOWA

MARIUSZ JANIK:

Agencje ratingowe stały się prawdziwą potęgą. Ich opinia może zdecydować o losie państwa. Skąd się bierze ich siła, skoro jeszcze niedawno mówiono, że są niemal współodpowiedzialne za kryzys?

JIM ROLLO*:

Silne są z definicji – nie ma ich wiele i są wpływowe. Budzą więc kontrowersje. Nie jest jasne, jak i o co rywalizują. Nie wiemy dokładnie, jak tworzą swoje zestawienia. Wiemy za to, że np. niektóre kraje płacą im za to, by zostać ocenione.

Jednak powszechnie panuje opinia, że obniżenie lub podwyższenie oceny ratingowej natychmiast odbija się na sytuacji gospodarczej w danym kraju.

Z pewnością agencje nie ponoszą odpowiedzialności za przypadki takie jak załamanie się finansów w Grecji. W olbrzymiej większości przypadków poza samą oceną ratingową pojawiają się inne dane świadczące o kryzysie czy przynajmniej pogorszeniu się sytuacji finansowej danego państwa. Tyle że politycy wolą „strzelać do posłańców”.

„Los Europy zależy od agencji ratingowych. To nie do zaakceptowania” – mówił niedawno członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego Ewald Nowotny.

Agencje nie są jedynym źródłem informacji. Poza tym same często różnią się między sobą w ocenach. Rynek korzysta tak samo z ich analiz, jak i innych źródeł informacji, więc nie przeceniajmy ich wpływów.

Eksperci wytykają jednak agencjom pomyłki czy zbyt bliskie związki z zarządami ocenianych firm. Czy stworzenie agencji publicznych mogłoby rozwiązać te problemy?

To możliwe. Jednak w takiej sytuacji pojawiają się dziesiątki wątpliwości: kto i jak miałby je tworzyć, jak sprawić, by takie agencje były wiarygodne i niezależne od rządów – które przecież także mogą wywierać presje na publiczne agencje. Trzeba byłoby też stworzyć jakąś instytucję regulującą działanie takich agencji. Poza tym już teraz możemy korzystać z raportów m.in. MFW czy OECD, które dają równie dogłębne pojęcie o sytuacji gospodarczej większości państw. W tej sytuacji mnożenie struktur nie ma większego sensu.

*Jim Rollo – ekonomista, dyrektor Sussex European Institute