Jak na kraj, który od lat chwalił się protestancką etyką i skandynawską uczciwością, wynik był porażający. W przeprowadzonym w minioną sobotę referendum zaledwie półtora procent Islandczyków poparło rządowy plan zwrócenia Wielkiej Brytanii i Holandii 3,9 mld euro, jakie obywatele tych krajów stracili z powodu bankructwa islandzkiego banku internetowego Icesave. – Warunki, jakie próbuje nam się narzucić, są horrendalne. To tak, jakbyś stłukł komuś aparat fotograficzny, a on domagałby się od ciebie czterokrotności jego ceny i to pod zastaw domu – mówił August Kalsson, rehabilitant z Rejkjawiku dziennikarzowi Financial Times po wyjściu z punktu wyborczego. Dookoła wszyscy kiwali z aprobatą głową.

Zgodnie z porozumieniem zawartym z Brytyjczykami i Holendrami każda islandzka rodzina miałaby zapłacić równowartość 48 tys. euro (ok. 200 tys. zł). I to za grzechy, które popełnił nierozważny zarząd prywatnego banku.

Ale jeszcze bardziej szokująca od wyniku referendum była reakcja rządu. W jednej z najzamożniejszych zachodnich demokracji władze całkowicie zignorowały opinię obywateli. Uznały, że mając do wyboru wojnę z międzynarodowymi rynkami finansowymi albo otwarty konflikt ze społeczeństwem, wolą uniknąć tego pierwszego. – Rzecz jasna w pełni wywiążemy się ze zobowiązań wobec Brytyjczyków i Holendrów – powiedział jeszcze w sobotę Steingrimur Sigfusson, minister finansów. Jednak polityczna cena takiego ruchu będzie katastrofalna. Z pewnością w najbliższych wyborach obecna ekipa zostanie wysłana na polityczną emeryturę, a jej członkowie, od premiera po jego najskromniejszego doradcę, przez długie lata będą musieli szukać sobie nowego zajęcia.

Konsekwencje pójścia za głosem wyborców byłyby jednak o wiele poważniejsze. Dla władz Grecji, Węgier, Łotwy, Islandii czy Abu Zabi, które w ostatnim roku musiały przejść bolesną kurację oszczędnościową, wniosek jest jeden: trzeba spłacać swoje długi, nawet kosztem zmierzenia się z buntem własnych obywateli. – To jak z wpisaniem do rejestru przestępców: gdy dane państwo przestaje płacić, samo skazuje się na na banicję – tłumaczy Ryszard Petru, główny ekonomista BRE Banku. – Banki komercyjne, fundusze inwestycyjne, MFW, inne państwa: nikt nie chce mu więcej czegokolwiek pożyczyć. A w dzisiejszym świecie globalnej gospodarki skutek jest taki sam, jak odcięcie ciężko chorego pacjenta od kroplówki – dodaje.

Dla Islandii ryzyko takiego scenariusza wcale nie jest teoretyczne. W opublikowanym w tym tygodniu przez londyńską agencję CMA zestawie krajów, którym najbardziej grozi bankructwo, Islandia znalazła się na mało zaszczytnej, ósmej pozycji: po Argentynie, Wenezueli, Ukrainie, Pakistanie, Dubaju, Iraku i Łotwie (CMA nie uwzględnia najmniej stabilnych krajów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, którym w ogóle już nikt nie chce pożyczać). – Oceniamy, że ryzyko bankructwa Islandii w nadchodzących pięciu latach wynosi 25,23 proc. – mówi ekspert CMA, który nie podaje nazwiska, nie zezwala na to kodeks firmy.

Już teraz międzynarodowi inwestorzy domagają się ogromnej premii za ryzyko zakupu islandzkich obligacji. W zamian za nabycie 10-letnich papierów o wartości 10 mln euro chcą rocznej polisy wartej prawie pół miliona euro. – W miarę jak ryzyko niewypłacalności rośnie, żądana premia też szybuje do góry. Aż dochodzimy do punktu, w którym nikt już nie chce kupić obligacji, czyli nie chce pożyczać. To jest bankructwo – mówi Cinzia Alcidi, ekspertka brukselskiego Centrum Europejskich Studiów Politycznych (CEPS).

Oszukać można tylko raz

Przykład Argentyny pokazuje, co może stać się z Islandią, jeśli jej władze uwzględniłyby wynik referendum. Pod koniec lat 90. kraj starał się za wszelką cenę nie dopuścić do ogłoszenia niewypłacalności. Prezydent Fernando de la Rua trzykrotnie podpisywał umowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, aby tylko zyskać na czasie i poszukiwać kolejnych źródeł finansowania. Późną jesienią 2001 roku okazało się jednak, że kasy państwa są puste. Obraz unoszącego się nad prezydencką rezydencją helikoptera pozostał najbardziej wymownym symbolem upadku argentyńskiego państwa, niegdyś jednego z najzamożniejszych na świecie.

Ale Argentyna do dziś nie odzyskała utraconej wiarygodności. Następca de la Rua, Nestor Kirchner, próbował różnych sztuczek. Zniósł co prawda limit wypłat z kont bankowych, ale jednocześnie uwolnił kurs peso do dolara. Wraz z załamaniem wartości narodowej waluty miliony Argentyńczyków straciły oszczędności życia. Aby ominąć bolesną kurację oszczędnościową MFW, prezydent zwrócił się o pomoc do Hugo Chaveza, populistycznego przywódcy Wenezueli. Ten nie odmówił, ale tylko do czasu, gdy cena wenezuelskiej ropy była na tyle wysoka, że sam miał pełne zasoby gotówki. W końcu, nie mając już od kogo pożyczyć pieniędzy dla podtrzymania podstawowych funkcji państwa, Kirchner ogłosił wierzycielom, że jednak Argentyna spłaci swoje zobowiązania, tyle, że po 25 centów za każdy pożyczony dolar. To był ostatni gwóźdź do trumny, w której pochowano dobrą reputację kraju. Wierzyciele odrzucili propozycję. – Od 2001 roku nikt nie chce pożyczać Argentynie – mówi Anna Szterenfeld, specjalistka ds. Ameryki Łacińskiej w Economist Intelligence Unit w Nowym Jorku. – Nic dziwnego: dziewięć lat temu kraj odmówił spłaty 100 mld dol. długu. To było największe bankructwo w historii. Początkowo dzięki wysokim cenom eksportowanego mięsa i ziarna Argentyna szybko się rozwijała. Ale teraz, kiedy uderzył kryzys i ceny żywności spadły, znów potrzebuje kredytów. Ryzyko bankructwa w 2010 roku oceniamy na 14 proc., bo rząd będzie starał się przejąć na swoje potrzeby rezerwy banku centralnego i funduszy emerytalnych. Ale w 2011 roku problem stanie się już bardzo poważny – dodaje.

– Bardzo wysoką cenę polityczną za bankructwo w 1998 roku zapłaciła Rosja – zwraca uwagę Paul Cornish, ekspert londyńskiego Chatham House. – Owszem, dzięki ogromnym zasobom surowców i mocarstwowemu znaczeniu w ciągu 10 lat Moskwa odbudowała swoją pozycję na rynkach finansowych. Ale dewaluacja rubla w 1998 roku, wstrzymanie wypłaty emerytur i utrata przez miliony obywateli oszczędności, ostatecznie skompromitowały w oczach Rosjan demokratyczny eksperyment Borysa Jelcyna, otwierając drogę do autorytarnych rządów Władimira Putina. Dziś nic nie wskazuje na to, aby Rosja mogła się z tego otrząsnąć – dodaje.

Widmo dyktatury czy nawet destabilizacja polityczna w Islandii nie wydaje się realną groźbą. Ale już znacznie łatwiej można sobie wyobrazić taki scenariusz na Łotwie. To kraj, którego blisko połowę mieszkańców stanowią Rosjanie i gdzie Moskwa ma potężne interesy gospodarcze. Świadomy tych słabości łotewski rząd postanowił zrobić wszystko, aby uniknąć niewypłacalności i utrzymać stabilny kurs łata do euro. Aby tylko spełnić warunki, które pozwolą na uzyskanie funduszy MFW, władze drastycznie obniżyły pensje urzędników, podwyższyły podatki, a nawet ograniczyły emerytury (tę ostatnią decyzję cofnięto, gdy trybunał konstytucyjny orzekł, że nie jest zgodna z prawem). Łotysze, którzy przez lata kupowali dzięki tanim kredytom mieszkania, samochody i inne dobra luksusowe, nagle znaleźli się bez grosza. Spadek konsumpcji pociągnął za sobą bezprecedensowe w Unii Europejskiej załamanie dochodu narodowego o blisko 1/5. – Taki spadek notuje się tylko w czasie wojny, naturalnego kataklizmu. W pościgu za zachodnim poziomem życia Łotwa cofnęła się o wiele lat – mówi Cinzia Alcidi z brukselskiego instytutu CEPS.

Bankructwo dobija demokrację

Ryszard Petru nie ma jednak wątpliwości, że i taką cenę warto zapłacić, byle uniknąć bankructwa. Jego zdaniem w dzisiejszym, globalnym świecie skutki ogłoszenia niewypłacalności byłyby jeszcze poważniejsze, niż było to 10 lat temu. Zatrzymanie inwestycji, technologii, kredytów obsługujących handel zagraniczny – z trudem państwo może w dzisiejszym świecie przetrwać takie działania. Przed takim właśnie ryzykiem stanęła Ukraina. Londyńscy eksperci uważają, że w nadchodzących pięciu latach szanse, że nasz wschodni sąsiad stanie się niewypłacalny, przekraczają 40 proc.

Gdy w zeszłym roku załamała się ukraińska gospodarka, rząd finansował spłatę swoich bieżących należnością, zaciągając kredyty na coraz gorszych warunkach. Schemat przypominał klasyczną piramidę finansową, tylko że stworzoną przez państwo, a nie nieuczciwych inwestorów – tłumaczy Leila Butt, ekspertka ds. Europy Wschodniej w Economist Intelligence Unit. – Dodatkowo władze musiały przejąć długi niewypłacalnych, państwowych monopolistów jak Naftohaz czy państwowe linie kolejowe. W konsekwencji Ukraina musi w ciągu kilku miesięcy znaleźć 41 mld dol. dodatkowych funduszy – dodaje.

Nie będzie łatwo, bo zagraniczni inwestorzy nie chcą ryzykować, dopóki Kijów nie podpisze umowy o refinansowaniu długu z MFW. A ten stawia twarde warunki. Domaga się m.in. urealnienia (czyli drastycznego podwyższenia) cen gazu dla odbiorców indywidualnych i zakładów przemysłowych, a także cofnięcia przez rząd hojnych podwyżek pensji i emerytur przyznanych przez premier Julię Tymoszenko w ramach przedwyborczych obietnic. – Ukraina ryzykuje bardzo wiele – ostrzega Leila Butt. – Jeśli skończą się zagraniczne kredyty, kurs hrywny wobec dolara się załamie. A to będzie oznaczało niewypłacalność wielu ukraińskich rodzin i bankructwo tysięcy zakładów, które nie będą w stanie spłacić ogromnych kredytów zaciągniętych w dolarach i euro – dodaje.

Masowe bezrobocie, a może nawet chaos to jednak nie wszystko. Ukraina ryzykuje także trwałym uzależnieniem od Rosji. Moskwa, która zgromadziła w latach naftowego boomu poważne rezerwy walutowe, mogłaby bowiem okazać się jedynym ratunkiem dla Ukrainy, gdyby ta stanęła w obliczu bankructwa. Tyle że Kreml chciałby w zamian za pomoc uzyskać poważne koncesje polityczne, w tym zgodę na stałe stacjonowanie floty czarnomorskiej w Sewastopolu, przystąpienie Ukrainy do unii celnej utworzonej przez Rosję, Białoruś i Kazachstan, przejęcie kontroli nad systemem przesyłu gazu, a być może nawet wprowadzenie rosyjskiego jako drugiego oficjalnego języka kraju.

Zapowiedź nowych relacji na linii Moskwa – Kijów jest już zresztą wyczuwalna. Podczas wizyty w tym tygodniu w Moskwie nowego prezydenta Władimir Putin zwrócił się protekcjonalnie do ukraińskiego gościa: „przesyłajcie do nas swoją słoninę (sało), ale nie niestabilność polityczną”. Wiktor Janukowycz obiecał, że wypełni zadanie.

Sąsiedzi też są pogrążeni

– Doprowadzenie do zależności słabszego kraju przez potężniejszego sąsiada w zamian za ratunek przed bankructwem już się zdarzało – ostrzega Christopher Granville, dziennikarz Wall Street Journal. – Tak w zeszłym roku uczyniło Abu Zabi, rzucając koło ratunkowe Dubajowi, a w 1994 roku Stany Zjednoczone, ratując Meksyk przed niewypłacalnością – dodaje.

Na pomoc, przede wszystkim USA, może liczyć również Pakistan. Co prawda chaotyczne rządy i zapaść gospodarcza w tym kraju powinny od dawna odstręczyć wszelkich inwestorów, tak jednak nie jest. MFW wciąż finansuje władze w Islamabadzie, bo ryzyko, że przyciśnięta brakiem funduszy armia się zbuntuje, jest zbyt duże. Zachodu nie stać na utratę kontroli nad tamtejszymi głowicami nuklearnymi.

Ogromne starania, aby uniknąć bankructwa, podjął także premier Grecji. Mimo masowych strajków podwyższył podatek VAT, zamroził pensje urzędników, nauczycieli i lekarzy, wydłużył wiek emerytalny, podjął krucjatę przeciw szarej strefie. Georgios Papandreu wie też, że spłata kolosalnego długu 300 mld euro jest nie tylko problem Grecji. Jeśli Ateny zbankrutują, na co zdaniem CMA są w nadchodzących pięciu latach 20-procentowe szanse, ucierpi na tym cała strefa euro.

Widząc, że do pomocy słabszym krajom Eurolandu wcale się nie kwapią Niemcy i Francja, inwestorzy zaczną spekulować na rzecz upadku kolejnych, słabych ogniw unii walutowej: Portugalii i Hiszpanii. Powstał pomysł powołania Europejskiego Funduszu Walutowego, zasilanego przez kary tych państw UE, które nie prowadzą wystarczająco ostrożnej polityki budżetowej. Gdyby proponowane przez Paryż i Berlin reguły funkcjonowały już dziś, to za sam 2009 rok Włochy musiałyby zapłacić 8 mld euro, Francja – 4 mld, a Niemcy – 3 mld euro. Kwoty te, szczególnie w okresie kryzysowego zaciskania pasa, wydają się horrendalne. Ale scenariusz w razie bankructwa Grecji jest jeszcze gorszy.

Norwegia to najbardziej wiarygodne państwo świata

Nie ma kraju wolnego od ryzyka bankructwa. Ale dla niektórych jest ono wyjątkowo niskie. Zdaniem inwestorów najbezpieczniejszym państwem świata pozostaje Norwegia. Ten niewielki (5 milionów mieszkańców) kraj nie tylko ma ogromne zasoby gazu i ropy, ale także bardzo stabilny system polityczny. Dlatego przy zakupie 10-letnich, norweskich obligacji o wartości 10 mln euro, inwestorzy żądają tylko bardzo niewielkiej premii za ryzyko niewypłacalności: 15 tys. euro rocznie. W przypadku Polski premia będzie już osiem razy wyższa (109 tys. euro). Londyńska agencja ratingowa CMA uważa, że istnieje 7,7 proc. szans, że nasz kraj w nadchodzących pięciu latach zbankrutuje. To jednak wciąż bardzo dobry wynik. Podobnie analitycy oceniają bowiem ryzyko bankructwa Hiszpanii, a niewiele lepiej Włoch (7,6 proc.) i Wielkiej Brytanii (6,6 proc.). Co prawda deficyt budżetowy i dług Zjednoczonego Królestwa jest o wiele większy niż w naszym kraju, jednak Londyn od pokoleń nie zawiódł inwestorów. Polska przez 20 lat od upadku komunizmu nie zdołała jeszcze zbudować sobie tak dobrej opinii. Niektórzy inwestorzy, szczególnie w Japonii, wciąż jeszcze mają w pamięci, że nasz kraj w 1980 roku ogłosił niewypłacalność.