Ekonomiści uważają, że w lutym inflacja zaczęła spadać. Spodziewają się, że wskaźnik wyniósł ok. 3 proc., czyli o ok. 0,6 pkt proc. mniej niż w styczniu. O tym, czy rzeczywiście doszło do spadku, dowiemy się dzisiaj, gdy dane poda GUS. W marcu inflacja powinna być jeszcze niższa – według Ministerstwa Finansów wyniesie ok. 2,5 proc. A w lecie może spaść nawet poniżej 2 proc. Z prognoz największych polskich banków, które zebrał DGP, wynika, że może to być około 1,8–1,9 proc.

Ceny będą rosły wolniej, bo zadziała tzw. efekt bazy. Żywność z importu raczej nie będzie już drożeć w tempie 12 proc. miesięcznie jak cytrusy w marcu 2009 r. Wtedy działał efekt słabego złotego. Dziś złoty jest mocny – i wiele wskazuje na to, że nadal będzie się umacniał, co korzystnie przełoży się na ceny w całym imporcie. Na dodatek popyt konsumpcyjny jest słaby, więc sprzedawcy nie będą nadmiernie podnosić cen.

– Poza tym nie powinien powtórzyć się scenariusz, w którym ceny administracyjne rosły wyraźnie i szybko, jak w I kwartale 2009 r. – mówi Jarosław Janecki z Societe Generale.

Inflacja powinna zacząć przyspieszać w II połowie roku. Z dołka zaczną wychodzić nasi główni partnerzy handlowi, co pomoże naszej gospodarce. Powoli powinien się rozkręcać też popyt krajowy. Efekt: inflacja może wzrosnąć do blisko 2,5 proc. na koniec roku. Taka jest średnia z oczekiwań pytanych przez nas ekonomistów.

Jest jednak znak zapytania: jaki będzie kurs złotego. Jeśli będzie się umacniał, to ceny wcale nie muszą rosnąć. – Zakładamy, że euro pod koniec roku będzie kosztowało 3,7 zł. Jeśli będzie tańsze, to inflacja w grudniu może być niższa niż szacowane przez nas 2,8 proc. – mówi Ernest Pytlarczyk z BRE Banku.

Miałoby to dwa poważne skutki. Pierwszy to przesunięcie w czasie podwyżek stóp procentowych. Nie jest to zła informacja: jeśli NBP utrzyma stopę referencyjną na poziomie 3,5 proc., to stawki rynkowe nie powinny rosnąć. To oznacza, że nie zwiększy się koszt obsługi kredytów. Zadowolony będzie też resort finansów, bo jest szansa na utrzymanie niskich rentowności obligacji.

Jednak niska inflacja to problem dla budżetowych dochodów. Co prawda Ministerstwo Finansów bardzo konserwatywnie założyło, że średnio w 2010 roku inflacja wyniesie 1 proc., ale po cichu liczy na to, że wzrost cen będzie wyższy. Dzięki temu wpływy z VAT mogłyby być większe, niż zaplanowano w ustawie budżetowej. A tegoroczny plan budżetowy jest bardzo napięty. Deficyt po lutym wynosi ponad 16,8 mld zł, co stanowi 1/3 planu na cały rok. Według MF już w połowie roku dziura w budżecie może zwiększyć się do niemal 80 proc. zaplanowanej na cały rok kwoty 52,2 mld zł.