Władze w Pekinie zapewniają, że zdają sobie z tego sprawę i robią wszystko, by zapobiec krachowi, który mógłby pociągnąć za sobą całą gospodarkę. Problem jest na tyle poważny, że znalazł się wśród priorytetów zakończonej wczoraj dorocznej sesji parlamentu – najważniejszego wydarzenia w chińskim kalendarzu politycznym. Nawet chiński premier Wen Jiabao otwarcie przyznał podczas obrad, że jest zaniepokojony sytuacją na rynku nieruchomości. Pozostałym deputowanym nie pozostało nic innego, jak przytaknąć szefowi rządu. – Każdy martwi się teraz sytuacją na tym rynku. Szybujące ceny już wywołały narzekania mieszkańców. I ja myślę, że ceny są zbyt wysokie – komentował deputowany Xu Zheng, prywatnie – prezes Shanghai Construction Group, giganta rynku budowlanego z Szanghaju.

Efektem tego zatroskania jest zapowiedziany przez szefa rządu w Pekinie szeroko zakrojony plan wsparcia dla taniego budownictwa. Władze chcą wydać przeszło 9,3 mld dolarów na wybudowanie 3 mln nowych tanich mieszkań i gruntowną renowację 2,8 mln używanych lokali. Według chińskich planistów powinno to złagodzić popyt na nowe mieszkania, rozładować nastroje niemiłosiernie stłoczonych – szczególnie w największych miastach – ludzi, a wreszcie osłabić działających na tym rynku spekulantów. W tych ostatnich wymierzone było też styczniowe przywrócenie podatku na nieruchomości sprzedawane w ciągu pięciu lat od ich nabycia (wcześniej okres opodatkowania skrócono do dwóch lat).

Najdrożej w Szanghaju

Ze statystyk wynika, że był już najwyższy czas na takie działania. W ciągu ostatniej dekady do chińskich metropolii zjechało 150 mln Chińczyków z prowincji, nakręcając olbrzymi popyt na lokale. Rządowe biuro statystyczne ujawniło w lutym, że tylko w ciągu ostatniego roku (liczonego od lutego do lutego) ceny nieruchomości w 70 największych miastach Państwa Środka wzrosły o 10,7 proc. W znacznej mierze wzrost ten dokonał się w pierwszych tygodniach 2010 roku, kiedy to inwestycje w nieruchomości zwiększyły się o 31 proc., osiągając poziom ponad 314 mld juanów.

Według szacunków części analityków w najgorszej sytuacji znajdują się mieszkańcy 20-milionowego Szanghaju, gdzie ceny powierzchni mieszkalnych miały skoczyć w ciągu roku o nieprawdopodobne 68 proc. Z oficjalnych danych wynika z kolei, że największy – ponad 50-procentowy – wzrost cen nastąpił w mieście Haikou, stolicy wyspy-prowincji Hainan, uchodzącej za jeden z najatrakcyjniejszych kurortów turystycznych w Państwie Środka.

Następne będą banki

Co gorsza, koniunktura na rynku nieruchomości jest w znacznej mierze finansowana z kredytów udzielanych przez chińskie banki. Gdyby bańka spekulacyjna pękła, następną ofiarą po deweloperach będą właśnie one. Dlatego Pekin od kilku miesięcy zaczął narzucać finansistom ograniczenia mające wyhamować udzielanie nowych kredytów. Najwyraźniej w samą porę, gdyż w ostatnich dwóch tygodniach notowania największych chińskich spółek deweloperskich – China Vanke Co. i Poly Real Estate Group Co. – zaczęły spadać.

Zdaniem Kerry’ego Browna, eksperta londyńskiego Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, dotychczas Chińczycy doskonale radzili sobie z globalną recesją – jednak bańka na rynku nieruchomości, która narosła w ostatnich latach, może pęknąć w każdej chwili, nawet w tym roku. – Inna sprawa, że Chiny nie są gospodarką rynkową – zastrzega w rozmowie z nami Brown. – W związku z czym rząd w Pekinie ma wiele instrumentów polityczno-gospodarczych, które mogą zapobiec pęknięciu albo przynajmniej złagodzić jego skutki – dodaje.