Po gazie i ropie Rosja próbuje uzależnić kraje Unii Europejskiej od kolejnego nośnika energii: elektryczności. Pierwszy sukces w tej dziedzinie Moskwa chce odnieść na Litwie: wiele wskazuje na to, że to rosyjska elektrownia jądrowa w obwodzie kaliningradzkim, a nie litewska – która miałaby zastąpić zamkniętą z końcem grudnia siłownię w Ignalinie – będzie w przyszłości zaopatrywać Litwinów w prąd.

Inwestycja z myślą o eksporcie

Prace przy budowie nowej rosyjskiej elektrowni niedaleko Kaliningradu zaczęły się pod koniec lutego. Siłownia ma być potężna: będzie wytwarzać aż 2300 MW prądu. Takiej ilości energii niewielka, licząca 900 tys. mieszkańców, enklawa jednak nie potrzebuje. Nowy projekt będzie miał sens tylko wtedy, gdy Rosjanom uda się sprzedać przynajmniej 2/3 wytwarzanego prądu na Litwę i do Polski, a także Niemiec i pozostałych republik bałtyckich.

Z tym nie powinno być jednak problemu. Jak ujawnił rosyjski dziennik Kommiersant, szef koncernu Lietuvos Energija Aloyzas Koryzn zaproponował, aby planowany od lat most energetyczny, który miał połączyć Litwę z Polską, przechodził przez Kaliningrad. W ten sposób nadwyżki rosyjskiego prądu mogłyby być sprzedawane litewskim konsumentom. – Do tej pory most energetyczny miał połączyć Litwę z Zachodem poprzez Polskę. Ale Rosjanie wykorzystali potężne wpływy, aby zmienić ten projekt i nadać mu odwrotne znaczenie strategiczne: wzmocnić zależność Litwy od rosyjskiej energii – mówi nam Piotr Naimski, wieloletni wiceminister gospodarki odpowiedzialny za dostawy energii.

Rosyjski gaz dla Mazur

Na razie Warszawa odrzuca propozycje Litwinów. – Most energetyczny miał być połączeniem infrastrukturalnym dwóch firm: polskiej i litewskiej. Niedopuszczalna jest żadna inna alternatywa, tym bardziej udział firm spoza UE – mówi Jarosław Niewierowicz, prezes spółki LitPol Link powołanej do realizacji projektu. Marco Incerti, ekspert ds. energetycznych w brukselskim instytucie CEPS, zwraca jednak uwagę, że strategia Rosjan jest długookresowa. – Zgodnie z zobowiązaniami podjętymi w ramach UE, do 2020 r. Polska będzie musiała ograniczyć emisję dwutlenku węgla i zamknąć część elektrowni węglem. Wówczas dla północno-wschodniej części kraju rosyjski prąd może okazać się jedynym wyjściem. Budowa dwóch elektrowni jądrowych dla pięciu milionów mieszkańców Litwy i Obwodu Kaliningradzkiego nie ma sensu. Albo Litwini zbudują nową siłownię na miejscu Ignaliny, albo powstanie zupełnie nowy zakład koło Kaliningradu.

Na razie wyścig z czasem Rosjanie zdecydowanie wygrywają. Co prawda wczoraj minister energetyki Litwy Arvydas Sekmokas zapowiedział, że będzie szukał pomocy finansowej UE dla nowej siłowni jądrowej na Litwie. Jednak pierwszy blok elektrowni w Kaliningradzie ma zostać oddany już w 2016 r., drugi w 2018 r. Budowa nowej elektrowni na Litwie – w której miały partycypować Polska, Łotwa i Estonia – jest zaś w lesie. Boleśnie dotknięte kryzysem republiki bałtyckie nie mają około 10 mld euro potrzebnych na tak ogromną inwestycję. A Polska skoncentrowała się na budowie dwóch własnych siłowni atomowych, które zapewne powstaną w Żarnowcu i Wielkopolsce.

Rosjanie mogą liczyć na przychylność zwykłych Litwinów. Po zamknięciu elektrowni w Ignalinie, która dostarczała 80 proc. elektryczności zużywanej na Litwie, średnie ceny prądu w kraju wzrosły o 1/3. Jednak w niektórych miejscowościach, jak Wisaginia, rachunki za ogrzewanie mieszkań skoczyły czterokrotnie. To wyjątkowo dotkliwe podwyżki w warunkach kryzysu i wysokiego bezrobocia. Dlatego ludzie wyszli na ulicę, domagając się od władz subwencji do cen prądu. – Takie niskie ceny mogą zapewnić tylko Rosjanie. Dla Kremla cena energii była zawsze wypadkową strategii politycznej, a nie rachunku gospodarczego. W tym przypadku chodzi o skłonienie Litwy do większego importu elektryczności – mówi Piotr Naimski.

Sieć połączona z Rosją

Rosjanom udało się także przekonać Litwę, Łotwę i Estonię do zaniechania inwestycji (ok. 1 mld dol.) w zamianę parametrów przesyłu prądu ze wschodnioeuropejskiego na taki, który obowiązuje w Unii Europejskiej.

Teraz pod znakiem zapytania stoi sama budowa mostu energetycznego między Litwą a Polską. To droga inwestycja: poza kosztami łącza konieczna jest także modernizacja za ok. 600 mln euro sieci elektrycznej w północno-wschodniej części naszego kraju. – Angażowanie się w tak duży projekt miało sens, jeśli prąd z nowej elektrowni, której Polska byłaby udziałowcem, importowano by nowym łączem – mówi Piotr Naimski. – Ale jeśli będzie to służyło sprowadzeniu rosyjskiego prądu, to sens angażowania się w ten projekt jest wątpliwy – dodaje.

Zdaniem ekspertów powstanie rosyjskiej elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim nie wpłynie natomiast na opłacalność budowy dwóch nowych elektrowni w Polsce. Rząd co prawda zakłada, że ruszą one dopiero w 2020 r., kilka lat po uruchomieniu rosyjskiego konkurenta. Jednak prognozowane zapotrzebowanie energetyczne w naszym kraju będzie wówczas tak duże, że wszystkie zakłady znajdą wystarczającą liczbę klientów. W projekcie chcą partycypować największe światowe koncerny energetyczne – w tym Areva, Electricite de France, Hitachi i General Electric.

Jedna czwarta prądu z elektrowni jądrowych

● Zgodnie z rosyjską doktryną energetyczną do 2030 roku 25 proc. potrzeb energetycznych kraju mają zaspokajać elektrownie nuklearne. Moskwa ma zamiar zwiększyć liczbę pracujących reaktorów z 31 do 59 w skali całego kraju. Rosjanie liczą, że prąd z siłowni atomowych będzie jednym z czołowych rosyjskich produktów eksportowych.

● Kreml od kilku lat stara się zdywersyfikować odbiorców surowców energetycznych oraz sieci przesyłowe. Ma trzy terminale naftowe: na wybrzeżu Bałtyku, Morza Czarnego i Pacyfiku. Niedawno otwarty obiekt w Nachodce poszerza możliwości eksportu ropy do Stanów Zjednoczonych. Przykładem dywersyfikacji sieci przesyłowych w Europie mogą być z kolei forsowane przez Kreml projekty gazociągów Nord Stream i South Stream.

● Rosjanie starają się też inwestować w źródła surowców za granicą: Łukoil wygrał m.in. przetarg na eksploatację bogatego złoża West Qurna-2 w Iraku oraz wydobywa gaz w dystrykcie Buchara-Khiva w Uzbekistanie.