MARCIN JAWORSKI: Pada coraz więcej firm, czy to skutek kryzysu?

KRZYSZTOF CHECHŁACZ:  Znaczna część obserwowanych w 2009 roku upadłości wynikała nie z sytuacji gospodarczej, ale z problemów z opcjami. Głośno było o nich pod koniec 2008 roku, ale efekty pojawiły się w 2009 roku. Te firmy, które przetrwały, będą borykały się z kosztami spłaty przez najbliższe kilka czy kilkanaście lat. To będzie spowalniało ich wzrost w najbliższych latach. Gdy zaczęliśmy mówić o kryzysie w sierpniu 2008 r., nikt nie chciał nam wierzyć. Ale już wtedy pojawiły się pierwsze sygnały o zbliżających się problemach, bo firmy przestały zarabiać, mniejsze były zamówienia i naturalnym efektem były opóźnienia w płatnościach.

Przewidywaliście wtedy m.in. upadłości deweloperów, a z dużych firm upadła tylko jedna.

Ale upadło wielu małych. Nie wszystkie widać też w statystykach upadłości deweloperów, bo ich podstawowa działalność była inna. Właściciel prowadził hurtownię, firmę produkcyjną i zaczynał budować małe osiedle czy blok, bo wydawało mu się, że na tym można łatwo zarobić. Straty na tej działalności odbiły się na podstawowym biznesie i w efekcie wiele firm ogłosiło upadłość, która formalnie jest zarejestrowana w innej branży.

Kiedy zaczął się wzrost liczby upadłości i kiedy się skończy?

Skutki kryzysu w statystykach widać było już w marcu 2009 r., kiedy zatrzymały się płatności w gospodarce i zaczęła się fala upadłości, których ostatecznie było około 700. Zakładamy, że zatrzyma się ona dopiero w 2012 roku. Na koniec tego roku spodziewamy się około 1500 upadłości, a w kolejnym nawet 2500. I mamy nadzieję, że będzie to szczyt.

Dlaczego ryzyko upadłości rośnie?

Firmy przez kilka lat prosperity zgromadziły pewien majątek, czy to w gotówce czy nieruchomościach. Stanowił on bufor, z którego korzystały w ubiegłym roku. Ale gotówka powoli się kończy i widzimy, że firmy coraz częściej ogłaszają, że chcą sprzedać np. halę produkcyjną czy magazynową lub działkę. Ale nie ma chętnych, więc ceny spadają. To też odbija się na branży budowlanej, bo po co budować nowe hale, skoro można tanio kupić zagospodarowany teren.

Firmy radzą sobie ze zmniejszającymi obrotami, tnąc koszty, i niektóre z nich zaczną przynosić zyski nawet w tych warunkach. Na szczęście stopy procentowe są na tyle niskie, że finansowanie działalności nie jest bardziej kosztowne niż przed kryzysem.

Cięcie kosztów oznacza redukcję zatrudnienia. Grozi nam wzrost bezrobocia?

Wskaźnik bezrobocia w tym roku nie wzrośnie gwałtownie. Osiągnie najwyżej 11 proc. Firmy raczej tną inne koszty, niż redukują zatrudnienie. Wciąż koszty pracy są u nas niższe niż na Zachodzie, więc pojawiają się nowe inwestycje i, co pocieszające, są to usługi księgowe, call center, produkcja – czyli wymagające wykwalifikowanych pracowników.

Jakiego wzrostu PKB oczekujecie na koniec roku?

Spodziewamy się, że będzie on na podobnym poziomie co w tym roku, a nie więcej niż 2 proc. Nie ma podstaw do tego, żeby wzrost był szybszy.

Czy będzie druga fala kryzysu, spowodowana np. przez problemy Grecji?

Taki scenariusz jest poważnie rozważany. Bo problem, przysypany dużą ilością gotówki, może pojawić się znowu. Ciekawa będzie sytuacja w branży samochodowej, którą w poprzednim roku ratowano dopłatami do wymiany starych aut na nowe. Budżety krajów są już tak obciążone, że nie mogą sobie pozwolić na taką samą reakcję jak rok temu. Poza tym zwiększyłoby to presję na wzrost inflacji. Niepokoi nas też sytuacja eksporterów. Oni dość dobrze przetrwali kryzys, mimo problemów na ich rynkach zbytu, dzięki osłabieniu złotego. Jeśli sprawdzą się prognozy i euro na koniec roku będzie kosztowało 3,5-3,6 zł, to zniwelowane zostaną pozytywy wynikające z odbicia zachodnich gospodarek.