Jednodniowa przerwa w pracy około 4 tys. lotników niemieckiego przewoźnika kosztowała firmę – według wstępnych szacunków – 25 mln euro. Kierownictwo brytyjskiego koncernu w odróżnieniu od Niemców nie zamierza z rezygnacją zaksięgować strat i sięga po sprawdzony sposób walki ze zbuntowanymi pracownikami: angażuje łamistrajków.

W protestach organizowanych przez związek zawodowy Unite, które mają się odbyć między 20 a 31 marca, weźmie udział około 12 tys. osób (spośród 38 tys. wszystkich zatrudnionych przez linie), czyli cały personel pokładowy British Airways. Oznacza to groźbę odwołania prawie 600 lotów dziennie.

Naziemni nauczą się latać

Termin protestu nie został wybrany przypadkowo. Strach przed wielomilionowymi stratami i wizja przedświątecznego chaosu na lotniskach ma skłonić kierownictwo British Airways do rezygnacji z planu oszczędnościowego przedstawionego na początku roku. Zakłada on m.in. zmniejszenie liczby stewardów i stewardes na lotach transatlantyckich, co zwiększy obciążenie pracą. Oprócz tego BA chcą wprowadzić nowe zasady awansu i większe wymagania przy zatrudnianiu pracowników. Willie Walsh, szef firmy, nie zamierza jednak ustępować i wypowiada związkowcom otwartą wojnę. Strajkujących stewardów i stewardesy zastąpią łamistrajki – odpowiednio przeszkoleni ochotnicy z obsługi naziemnej i pracownicy innych linii lotniczych. Już teraz szkoli się około tysiąca wolontariuszy. Kolejnych pięć tysięcy czeka w kolejce. Przyspieszone szkolenia odbywają się na trasach wewnętrznych z Heathrow do Cardiff i Glasgow, gdzie British Airways mają swoje warsztaty. W normalnych warunkach personel pokładowy uczy się obsługi pasażerów na lotach transatlantyckich. Walczące z czasem kierownictwo firmy postanowiło jednak wykorzystać odbywające się bez podróżnych loty techniczne. Szkolący się stewardzi i stewardesy na zmianę odgrywają role obsługi i pasażerów. Trening praktyczny jest uzupełniany kursem instruktażowym w ośrodku brytyjskich linii na Heathrow.

Szefowie przedsiębiorstwa utrzymują, że w kursie biorą udział tylko ci pracownicy, którzy zgłosili się na ochotnika. Przekonują, że to dla nich okazja „zdobycia nowego doświadczenia i zgrania się jako ekipa”. – Menedżerowie po prostu w mistrzowski sposób rozegrali tradycyjny antagonizm, jaki istnieje między ekipami naziemnymi a personelem pokładowym – tłumaczy DGP Wayne McCluskey, ekspert od lotnictwa z firmy doradczej ATMCI z Waszyngtonu. – Praca na pokładzie jest lepiej płatna, łatwiejsza i łączy się z większym prestiżem. Poza tym daje możliwość podróżowania i zwiedzania – dodaje. Oprócz łamistrajków Willie Walsh wynajął od firm czarterowych 23 samoloty z pełną obsadą. Czy to jednak wystarczy, żeby stłumić bunt własnej załogi? British Airways twierdzą, że jest w stanie uratować do 60 proc. połączeń podczas nadchodzącego strajku. Związkowcy kwitują to wzruszeniem ramion.

Do czasu strajku uda im się w najlepszym wypadku wyszkolić kilkaset osób. W ten sposób być może kilka lotów rzeczywiście nie zostanie odwołanych. Ale ostatecznie i tak zwyciężymy. Racja nie może być po stronie szumowin i łamistrajków – usłyszeliśmy w biurze prasowym Unite w Londynie. – Najważniejsze w całej sprawie jest to, że Walsh złamał reguły gry. Ten człowiek postępuje niemoralnie. Nie dość, że nie chce z nami rozmawiać, to jeszcze wykorzystuje przeciwko nam naszych kolegów. To obrzydliwe. Tym bardziej że my tylko walczymy o to, co nam się należy – dodał pracownik biura.

Gorsi niż wampiry

Nadzieje związkowców na ostateczne zwycięstwo mogą jednak zostać wkrótce skorygowane przez rzeczywistość. Instytucja łamistrajka, która jest równie stara jak sam strajk, wielokrotnie okazała się skuteczną bronią przeciwko związkom zawodowym. Brytyjczycy zdają sobie z tego doskonale sprawę. Pamiętają, jak za czasów Margaret Thatcher powrót kilku czy kilkunastu górników do pracy potrafił zniweczyć mozolnie wypracowywane porozumienie między protestującymi a rządem. W marcu 1985 roku 100 spośród tysiąca górników kopalni Dudworth’s w hrabstwie Yorkshire wróciło do pracy po 10 miesiącach strajku. Protest został zerwany. Kilka tygodni później okazało się, że gdyby wytrzymali jeszcze kilkanaście dni, związek zawarłby korzystne dla nich porozumienie z rządem.

Nic dziwnego, że chociaż wykorzystywanie łamistrajków jest w Wielkiej Brytanii i USA legalne, to cieszą się oni tam jak najgorszą opinią. „Po tym jak Bóg stworzył grzechotnika, ropuchę i wampira, zostało mu jeszcze kilka garści najobrzydliwszej gliny. Stworzył z niej dwunożne zwierzę z duszą w kształcie korkociągu, wodnistym mózgiem, kręgosłupem z galarety i kleju. Tam gdzie inni mają serca, te istoty noszą kłębek zgnilizny. Kiedy ta kreatura idzie ulicą, mężczyźni odwracają się do niej plecami, a anioły w niebie zaczynają płakać. Szatan zaś zamyka wrota piekieł, by ścierwo to nie weszło do środka” – w ten sposób o łamistrajkach pisał Jack London, autor „Zewu krwi”. Dodatkowo w USA jeszcze do niedawna nienawiść do łamistrajków szła w parze z niechęcią do Murzynów. To czarnoskórzy Amerykanie bowiem najczęściej decydowali się na bojkot protestów.

Dlaczego zatem kierownictwo British Airways zdecydowało się na wykorzystanie tak kontrowersyjnego sposobu walki ze związkami? – Jedna z najbardziej rozpoznawalnych brytyjskich marek walczy o przetrwanie. Nie mamy wyboru: musimy wprowadzić reformy albo czeka nas katastrofa. Jesteśmy zdecydowani zrobić wszystko, by do niej nie doszło – wyjaśniał w specjalnym oświadczeniu Willie Walsh. – Wielu naszych pracowników to rozumie. Kierownictwo Unite zdecydowało się jednak na cyniczną konfrontację, która nie tylko może zniszczyć plany podróży Bogu ducha winnych ludzi, ale także pogrążyć całe przedsiębiorstwo – ostrzegał.

W 2009 r. brytyjskie linie drugi rok z rzędu odnotowały rekordowe straty spowodowane światowym kryzysem gospodarczym. Negocjatorzy prowadzący rozmowy z przedstawicielami związków zawodowych próbowali ich przekonać, że przywileje, o których utrzymanie walczą, w czasach recesji są niemal fanaberią. Bez skutku. Eksperci podkreślają, że niezależnie od wyniku toczącego się właśnie starcia konflikt dyrektora ze związkami nie przeminie bez negatywnych rezultatów dla firmy. Reputacja Lufthansy, której pracownicy strajkowali zaledwie dzień, została tak nadszarpnięta, że sprzedaż biletów linii jest najgorsza od czasu zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 r. – Linie lotnicze to wyjątkowo niewdzięczny biznes. Dobrze zarabiają na nim przede wszystkim ci, którzy świadczą usługi dla przewoźników: dostawcy jedzenia, mechanicy, porty lotnicze. Ale właściciele samych linii muszą się nieźle nagimnastykować, żeby przedsiębiorstwa wyszły na swoje – mówi nam Wayne McCluskey. – A wszelkiego rodzaju nomen omen turbulencje, jak np. strajki, mogą być gwoździem do trumny w tym interesie. Tak jak to było chociażby w przypadku PanAmu czy Swissair. Na zmarnowaną reputację łamistrajki niewiele mogą poradzić – dodaje.