Urząd Regulacji Energetyki twierdzi, że po zmianie prawa można spalać żyto i owies, niezależnie od ich jakości, a pod pewnymi warunkami także pszenicę, jęczmień i kukurydzę. To oznacza, że producenci zbóż będą mogli sprzedawać na potrzeby energetyki dobre zboża, których nie udało się lub nie chcieli sprzedać do przetwórstwa spożywczego ze względu na niskie ceny. Gdy w ubiegłym roku pojawił się pomysł rolnego lobby, żeby zboża zaliczyć do biomasy – co zachęci firmy energetyczne do zakupów, bo mogą zarabiać na handlu certyfikatami poświadczającymi sprzedaż zielonej energii, tzw. zielonych certyfikatów – pomysłodawcy nie ukrywali, że chcą mieć nowy rynek zbytu. Przekonywali jednak, że chodzi o spalanie zboża odpadowego, marnej jakości.

– Zielone certyfikaty nie będą przysługiwały tylko w przypadku produkcji prądu z ziaren pszenicy, jęczmienia i kukurydzy wypełniających kryteria dobrej jakości zgodnie z określonymi unijnymi przepisami – zapewnia Mariusz Swora, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, który te certyfikaty wydaje.

Zdaniem URE to otwiera pole do nadużyć. Produkując prąd z żyta najwyższej jakości, będzie można dostać zielony certyfikat, tak jak za produkcję z byle jakiego owsa. Ledwie dwa tygodnie temu stało się możliwe uzyskiwanie przychodów ze sprzedaży zielonych certyfikatów za prąd ze zbóż, a już na giełdach handlujących zbożem zaczęli się pojawiać pośrednicy zainteresowani zakupem zbóż dla firm energetycznych.

– Zdaniem handlowców poziom opłacalności zakupu zbóż na cele energetyczne to około 270–290 zł za tonę. W tym przedziale mieszczą się teraz ceny owsa i rzadziej żyta, i to ziarno jest skupowane przez firmy obsługujące energetykę – mówi Andrzej Bąk z Warszawskiej Giełdy Towarowej.

Należy przewidywać, że w miarę upływu czasu zainteresowanie energetyki zbożem będzie rosło, nawet jeśli teraz elektrownie i elektrociepłownie, zasłaniając się względami etycznymi, twierdzą, że nie mają takich planów.