>>> Polecamy: W 2010 roku polskie sieci handlowe otworzą co najmniej 1,5 tys. małych sklepów

Bez szkody dla konkurencji

Sprawą zajęła się Komisja Europejska. Badając opłaty półkowe w sieciach handlowych w Europie, uznała, że istnieją marki, które w negocjacjach ze sklepami mają pozycję dominującą. W Brukseli uznano jednak, że takie postępowanie sieci wobec producentów nie szkodzi konkurencji na rynku. – Komisja stoi na stanowisku, że nie jest jej zadaniem ani też celem unijnego prawa konkurencji wkraczanie w stosunki kontraktowe przedsiębiorców i rozwiązywanie problemów dotyczących braku równowagi, dopóki brak jest dowodów na to, że sytuacja taka powoduje antykonkurencyjne skutki na danym rynku – tłumaczy Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Sieci handlowe wyliczyły, że dostawców istotnych marek tzw. mustcarry brands jest w Polsce już kilkudziesięciu. A już 20-procentowy udział w danym segmencie rynku znacząco zwiększa pozycję negocjacyjną. – Nie określiłbym jeszcze naszej pozycji w negocjacjach jako dominującej, ale można już mówić o równouprawnieniu – uważa Paweł Kwiatkowski, rzecznik prasowy Kompanii Piwowarskiej. W polskim rynku piwa ma on największy, bo 45-proc. udział.

Firma decyduje, co stoi na półce

Więcej w rozmowach z sieciami osiąga firma Kofola, której marka Paola zagwarantowała pozycję wicelidera rynku syropów owocowych, a marka Hoop trzecie miejsce w segmencie napojów o smaku coli. Firma może teraz sama decydować, jakie jej produkty trafią do sprzedaży w markecie. – Siła tkwi w dwóch sztandarowych markach. To dzięki nim nie mamy kłopotów, by wejść na półki sklepów z innymi wyrobami, w tym z nowościami – mówi nam przedstawiciel ze spółki Kofola.

Pozycję dużych dostawców wzmacniają także inne działania ze strony sieci, na które nie mogą liczyć mniejsi producenci. Chodzi przede wszystkim o wspieranie sprzedaży przez sam sklep, takie jak np. promocje cenowe danego produktu. Sami producenci też do tego dopłacają. I choć opłaty są duże, liderzy rynku chętnie je płacą. – Brak opłat oznaczałby brak wsparcia sprzedaży produktów przez sieci, a tym samym dużo mniejszą rotację towaru na półce – uważa Paweł Kwiatkowski z Kompanii Piwowarskiej.

Dla liderów rynkowych sklepy rezerwują najlepsze miejsca na półce. I chociaż piwo nie jest towarem pierwszej potrzeby, to każda sieć chce je sprzedawać. A żeby mogła, musi dostosować się do warunków narzucanych przez producentów głównych marek. Brak uległości kompletnie się nie opłaca. Klient, który zajrzy do sklepu po sześciopak popularnego piwa, najczęściej robi też inne nieplanowane zakupy. Jeśli w danym sklepie nie będzie mógł kupić swojego ulubionego napoju, pójdzie gdzie indziej. A sklep straci podwójnie.