Wczoraj misję w Kijowie zakończyli eksperci z MFW, którzy oceniali, czy Ukraina podjęła kroki w celu redukcji deficytu budżetowego. Od ich postanowień zależy decyzja w sprawie ostatniej transzy pomocy, która wynosi 3,8 mld dol.

W minionym tygodniu zamęt na ukraińskich rynkach finansowych wywołał nowy premier Mykoła Azarow, którego administracja podała, że ukraiński dług publiczny wynosi 93,5 proc. PKB. To jeden z najwyższych wskaźników w Europie – nieznacznie tylko niższy niż w zagrożonej bankructwem Grecji. Na dodatek to niemal trzy razy więcej, niż deklarował gabinet Julii Tymoszenko. W lutym, czyli jeszcze zanim opuściła ona fotel premiera, ukraiński Goskomstat podał, że zadłużenie kraju sięga 35 proc. PKB.

Nie ma dymu bez ognia

Sekretariat Azarowa nie wyjaśnił wprawdzie, w jaki sposób to obliczył, ani nie podał, czy w tym zadłużeniu mieszczą się tylko długi państwa czy też prywatnych przedsiębiorstw i banków, ale to i tak wystarczyło, by na rynkach finansowych zapanowała konsternacja. – Skoro rząd podał takie liczby, to na pewno nie wzięły się one z powietrza. Wygląda, że rząd Julii Tymoszenko czasami podkręcał statystyki. Szczególnie że w tym czasie na Ukrainie trwała kampania wyborcza i walczącej o prezydenturę Tymoszenko niekorzystne dane gospodarcze mocno by zaszkodziły – mówi Dziennikowi Gazecie Prawnej ukraiński politolog Kost Bondarenko.

Ostatnia deska ratunku

Teraz jednak manipulowanie statystykami może się Ukraińcom odbić czkawką, bo pomoc MFW jest rządowi w Kijowie niezbędna do przeżycia. W zeszłym roku wskutek kryzysu ukraiński PKB skurczył się o 15 proc. Według prognoz w tym roku nadal będzie spadał. – Ukraińska gospodarka mocno ucierpiała wskutek światowego kryzysu. W dodatku Ukraina zrobiła techniczny błąd, wchodząc do Międzynarodowej Organizacji Handlu na początku kryzysu, gdyż wzięła na siebie pewne obowiązki, z których nie jest w stanie się wywiązać. Przez cały rok Kijów nie ruszył nawet palcem, żeby zapobiec kryzysowi, zasłaniając się brakiem instytucjonalnych rozwiązań – tłumaczy Kost Bondarenko. Efekt tego jest taki, że kończy się marzec, a Ukraina wciąż jeszcze nie ma przyjętego budżetu na ten rok.

Jeśli podane przez nowy rząd dane faktycznie się potwierdzą, to Ukraińcy będą musieli zacisnąć pasa jeszcze mocniej, niż do tej pory sądzono. W zamian za pomoc MFW domaga się m.in. 20-proc. podwyżki cen gazu dla odbiorców indywidualnych czy ograniczenia wydatków socjalnych.

Nie wiadomo jednak, czy nowy prezydent Wiktor Janukowycz i Azarow zdecydują się na kurację wstrząsową. Cały czas otwarta jest kwestia przeprowadzenia wyborów parlamentarnych jesienią, które dałyby proprezydenckiej Partii Regionów bardziej stabilną większość. A kampania wyborcza nie służy szukaniu oszczędności w budżecie.

93,5 proc. PKB wynosi publiczny dług Ukrainy według obliczeń przeprowadzonych przez nowy rząd w Kijowie