Spadają ratingi Portugalii, podobnie będzie wkrótce z Hiszpanią i Irlandią. Tymczasem w europejskich stolicach nie grają larum, przeciwnie – każdy w swoim kącie spiskuje, by wyłożyć jak najmniej na ratowanie wspólnej waluty, a najlepiej nie wydać ani eurocenta.

Jeszcze tydzień temu pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla Grecji była niemal hańbą, teraz jest rozpatrywana przez Berlin jako najbardziej prawdopodobna opcja. Jedna z dwóch najsilniejszych gospodarek świata nie potrafi sama powstrzymać degradacji własnej waluty? Skoro tak, nie może też odgrywać ważkiej roli międzynarodowej, niepotrzebny jest prezydent UE, korpus dyplomatyczny, nawet sama Unia jawi się jako konstrukcja zbędna.

Euro nie jest zwykłą walutą, to projekt polityczny obliczony na dziesięciolecia, narzędzie siły, prestiż UE. Nie wolno skąpić na jego ratowanie, nawet gdyby oznaczało to wynagradzanie największych utracjuszy eurozony.