Trzech podstarzałych amerykańskich bohaterów odwiedziło w tym miesiącu amerykańskie bazy wojskowe w Europie i Azji, opowiadając inspirujące historie o kosmicznych przygodach, które miały miejsce, zanim większość ich słuchaczy przyszła na świat. Astronauci z Apolla: Neil Armstrong, Gene Cernan i Jim Lovell, komentowali decyzję Baracka Obamy o zlikwidowaniu programu NASA pod nazwą „Constellation”, w ramach którego Amerykanie mieli wrócić na Księżyc w 2020 roku. – Wrócimy na Księżyc mimo naszego prezydenta i jego poglądów na przyszłość kosmosu – powiedział Cernan w bazie lotniczej Ramstein w Niemczech. Zdaniem Obamy USA nie stać na budowę rakiet Ares i pojazdów załogowych Orion, składających się na program „Constellation”. Twierdzi, że kraj potrzebuje bardziej efektywnego programu, który zrealizowałyby prywatne firmy. Dlatego zaproponował podniesienie budżetu NASA o 6 miliardów dolarów w ciągu pięciu lat. Środki te mają być w większości przeznaczone na kontrakty dla sektora prywatnego, który ma zbudować pojazd kosmiczny zdolny do przenoszenia ludzi i sprzętu na orbitę. Administracja twierdzi, że jest w ten sposób w stanie zapewnić sprawną obsługę Międzynarodowej Stacji Orbitalnej, która jest zawieszona 340 kilometrów nad Ziemią, taniej, niż zakładał to program „Constellation”.

Kalifornia naciska na Obamę

Jednocześnie NASA będzie kontynuowała prace nad nowymi technologiami, które mają wynieść astronautów poza orbitę okołoziemską, do miejsc, w które człowiek jeszcze nigdy nie dotarł, takich jak asteroidy lub księżyce Marsa. Nie ma jednak wytyczonego jasnego celu i kalendarza, który wykraczałby poza wartą 100 miliardów dolarów Stację Orbitalną, stworzoną w ciągu ostatnich 15 lat zbiorowym wysiłkiem agencji kosmicznych USA, Rosji, Europy, Japonii i Kanady.

W czasach rosnącej polaryzacji w amerykańskiej polityce kosmos pozostaje kwestią stosunkowo ponadpartyjną. W południowych stanach, szczególnie na Florydzie, w Alabamie, Teksasie i Kalifornii, gdzie NASA i jej podwykonawcy są dużymi pracodawcami – i symbolami postępu technologicznego – Republikanie i Demokraci zgodnie bronią lokalnych interesów. Floryda, skąd startują załogowe loty kosmiczne, ma zapewne najwięcej do stracenia: od NASA zleży 40 tysięcy miejsc pracy i 2 miliardy dolarów prywatnego dochodu. Cała kongresowa reprezentacja tego stanu, Demokraci i Republikanie, napisała do Obamy list, w którym wyraża zaniepokojenie jego propozycją. Takie reakcje powodują, że kosmos staje się coraz ważniejszy w politycznych planach Białego Domu. W przyszłym miesiącu Obama wygłosi przemówienie na kosmicznym szczycie na Florydzie, świadomy, że jego plany wobec NASA mogą mieć znaczący wpływ na delikatną równowagę polityczną w tym stanie.

Jak na razie odesłanie z końcem września na emeryturę floty promów kosmicznych NASA oznacza, że rosyjski statek kosmiczny Sojuz, oparty na niezwykle trwałym radzieckim projekcie z lat 60., pozostanie jedynym środkiem transportu ludzi z Ziemi do Stacji Orbitalnej. Szef NASA Bolden mówi, że prywatne amerykańskie „kosmiczne taksówki” powinny być gotowe do 2016 roku, ale wielu uważa jego kalendarz za zbyt optymistyczny.

Rosja może być dziś sojusznikiem USA – przynajmniej jeżeli chodzi o eksplorację kosmosu – ale wielu Amerykanów, którzy pamiętają zimną wojnę, podejrzliwie podchodzi do tego współpracy z tym krajem. Niepokoją ich również szybkie postępy, jakie w kosmosie czynią Chiny i Indie. – Istnieje zależność pomiędzy naszym narodowym potencjałem obronnym a naszą rolą jako globalnego lidera w eksploracji kosmosu – mówi Rob Bishop, republikański kongresman z Utah. – Zniszczymy jedno i stracimy naszą globalną pozycję w drugim.

Takie komentarze ilustrują niepewność co do realnego znaczenia załogowych lotów kosmicznych. Ich zwolennicy mieszają motywy, niektóre wyrażane bardziej bezpośrednio od innych. Jednym jest ludzki imperatyw poznawania i podbijania. Tak jak XIX-wieczni amerykańscy pionierzy uważali, że ich przeznaczeniem jest przesunąć granice zachodu nad wybrzeże Pacyfiku, NASA została po części stworzona na przekonaniu, że powołaniem człowieka jest lot poza ziemię, najpierw na Księżyc, a potem do innego systemu słonecznego, a ostatecznie do innej galaktyki.

Po co wracać na Księżyc

Ten pogląd może wydawać się mniej przekonywający w XXI wieku, ale do niektórych wciąż przemawia. Wystarczy go połączyć z modniejszym argumentem, że podbój kosmosu jest jednym z najskuteczniejszych sposobów na skłonienie młodych ludzi do nauki i wybierania kariery naukowej. Są również korzyści natury gospodarczej i handlowej. Kosmos to wielki, globalny biznes, którego roczne obroty, według raportu Space Foundation z 2009 roku, sięgają 257 miliardów dolarów. Wiele powszechnie stosowanych technologii ma swój początek w programach załogowych lotów kosmicznych, ale dziś branża ta opiera się w dużej mierze na budowaniu, wprowadzaniu na orbitę i konserwowaniu satelitów telekomunikacyjnych, nadawczych i służących do obserwacji Ziemi. Turystyka kosmiczna prawdopodobnie jeszcze przez wiele lat nie zajmie porównywalnej pozycji.

Ciekawość naukowa to ostatni napęd programów kosmicznych. Jednak wielu naukowców utrzymuje, że misje bezzałogowe są ekonomiczniejsze. Martin Rees, kosmolog, który przewodniczy brytyjskiemu Ro-yal Society, popiera decyzję Obamy, by nie wysyłać ludzi na Księżyc. – Nie ma sensu tam wracać 50 lat po Apollu. Jeżeli ludzie chcą polecieć na Marsa, powinna być to tania misja wysokiego ryzyka, a nie wyjątkowo kosztowny program w stylu NASA.

Niektórzy naukowcy narzekają, że wielkie koszty misji załogowych zabierają fundusze szerzej zakrojonym badaniom kosmicznym – wskazując na przykład, że nie buduje się w tej chwili żadnych sond zdolnych opuścić Układ Słoneczny – ale obrońcy branży twierdzą, że to błędne spojrzenie na sprawę. Argumentują oni, że USA powinny zwiększyć nakłady na wszelkie programy kosmiczne – załogowe i bezzałogowe.

Kosztowny „Apollo”

Wydatki NASA (19 miliardów dolarów rocznie), stanowią około pół procent budżetu federalnego – wobec prawie pięciu procent w szczytowym momencie programu „Apollo”. W 1966 roku rząd wydawał na NASA więcej niż na opiekę zdrowotną i usługi socjalne. W tym roku budżet na te sfery będzie prawie 50 razy większy niż na NASA. Nawet najbardziej zagorzali entuzjaści nie postulują powrotu do poziomu wydatków na skalę „Apolla”, ale Pulham twierdzi, że USA powinny zdecydować się na poświęcenie jednego procentu budżetu na NASA, tak jak to miało miejsce na początku lat 90.

Rzeczywistość jest jednak brutalna: ograniczenia budżetowe spowodują, że administracja Obamy nie da sektorowi kosmicznemu takich pieniędzy, jakich on chce. Jednak presja polityczna może sprawić, że podczas swojego wystąpienia na Florydzie 15 kwietnia prezydent pójdzie na pewne ustępstwa. Jedna z możliwości zakłada, że flota promów kosmicznych będzie latać także po wrześniu. Bardziej prawdopodobna jest jednak opcja, że ze względu na rozłożenie kosztów w czasie Obama przedstawi bardziej konkretny i inspirujący program badań kosmicznych niż do tej pory. To może być Mars lub jeden z jego księżyców.

Pewnego dnia Amerykanie zapewne znów przejdą się po którymś spoza pozaziemskich globów. Jest jednak mało prawdopodobne, by pierwsza grupa astronautów z Apolla tego dożyła.