Pierwsi osadnicy byli idealistami i pionierami, którzy wyruszyli z San Jose, Bostonu i Seattle, by następnie wysłać do domu wiadomość o ekscytujących dziewiczych lądach czekających, aż ludzkość je skolonizuje. Wkrótce wyruszyli za nimi cwaniacy i awanturnicy, którzy mogli zarobić fortuny. Było tylko kwestią czasu, by cuda znalezione na wirtualnych terytoriach przyciągnęły zainteresowanie rzeczywistych państw. Zaczęła się walka o cyberprzestrzeń. Agencje wywiadowcze i armie już roszczą sobie pretensje do niektórych obszarów sieci, podczas gdy władze cywilne wytyczają granice określające, co do kogo należy i komu gdzie wolno chodzić.

Cyberprzestrzeń nacjonalizuje się w szybkim tempie. W niektórych częściach świata proces ten trwa już od jakiegoś czasu. Rosja od końca lat 90. realizuje program zwany w skrócie Sorm-2 (Operacyjny System Działań Śledczych). Gwarantuje on, że kopia każdego bita informacyjnego, który wchodzi lub wychodzi z kraju, wyląduje w końcu na wielkim serwerze zarządzanym przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Możesz sobie poczytać o okropnościach, do jakich dochodzi w Czeczenii, ale bądź pewny, że ktoś będzie ci zaglądał przez ramię.

Chiny mają swój „wielki firewall” filtrujący politycznie niepoprawne strony, a także pornografię i inne formy kulturowej zarazy. Co ważniejsze, USA de facto oddały kontrolę nad językiem i nazwami domen w internecie poprzez kalifornijską organizację non profit Icann. Jest ona obecnie przekształcana w organ nadzoru w stylu ONZ. Chiny będą miały wkrótce absolutną władzę nad strukturą sieci w swoich granicach. Prawna mapa cyberprzestrzeni na Zachodzie jest bardziej chaotyczna. Jesteśmy jednak świadkami tworzenia tysięcy ustaw i regulacji, zarówno przez parlamenty, jak i sądy.

Istnieje bez wątpienia pilna potrzeba zdefiniowania zasad rządzących cyberprzestrzenią i pojawiają się one w szybkim tempie, ale bez spójnej strategii, która by za nimi stała. Z dwóch podstawowych powodów nikt nie wie, dokąd ten proces doprowadzi. Tempo zmian technologicznych oznacza, że tradycyjne narzędzia, za pomocą których państwa kształtowały świat w XIX wieku, takie jak prawa i traktaty, są niewystarczające, jeżeli nie całkowicie nieistotne, w odniesieniu do nowej domeny. Organy ścigania, takie jak FBI i brytyjska Agencja ds. Przestępczości Zorganizowanej (SOCA), inwestują wiele czasu i pieniędzy w rozbijanie grup przestępczych w sieci. Jednak Centrum Zwalczania Przestępczości Internetowej (ICCC) w USA podało właśnie, że straty z tytułu cyberprzestępstw rosną w zastraszającym tempie, bo kryminaliści z prędkością światła przystosowują się do nowych policyjnych metod.

W świecie komercyjnym ważne projekty legislacyjne dotyczące praw autorskich raczej nie wytrzymają konfrontacji z drugą wielką zmienną – dorastaniem wirtualnej generacji. Prawa zakazujące wymiany plików okażą się równie niepopularne jak podatek pogłówny, którzy przyczynił się do upadku rządu Thatcher. Wydają się również całkowicie niemożliwe do wdrożenia. Jaskółką zmian może być powstawanie ugrupowań politycznych o takich nazwach jak Partia Internetowa czy Partia Piratów, które postrzegają sieć po prostu jako element ludzkiego DNA. – W starciu między starym a nowym – argumentuje Rex Hughes, wykładowca w Chatham House, który koordynuje jeden z projektów związanych z cyberbezpieczeństwem – stare zawsze na początku wygrywa kilka rund, ale ostatecznie umiera.

Jednak największa batalia rozgrywa się na obszarze cyfrowej broni i wirtualnego szpiegostwa. W czerwcu ubiegłego roku USA uznały cyberprzestrzeń za „piątą domenę” i pierwszą stworzoną przez człowieka, po ziemi, morzu, powietrzu i kosmosie. Prawnicy NATO zastanawiają się, jak stosować prawa wojenne w cyberprzestrzeni. Temu nowemu wyścigowi zbrojeń towarzyszy histeria. Admirał Mike McConnell, były dyrektor US National Intelligence, powiedział w zeszłym miesiącu podczas przesłuchania w Senacie: – Gdybyśmy dzisiaj poszli na cyberwojnę, przegralibyśmy. Jednocześnie fenomen anonimizacji, tak przydatny dla cyberprzestępców, jest również darem dla agencji wywiadowczych węszących po sieci.

Żaden z tych wysiłków nie miałby większego sensu, gdyby nie to, jak wskazał de Silva, że wszystko, co robimy, jest w jakiś sposób zapośredniczone w sieci. Rządy dostają obsesji na temat kontroli internetu, ale muszą jeszcze wymyślić, jak to zrobić, nie niszcząc przy tym szczytnego celu pionierów, którzy chcieli po prostu ułatwić komunikację między zwykłymi ludźmi. Boże uchowaj!