Uczestnicy debaty na łamach DGP poświęconej ocenie stanu polskiej gospodarki skupiali się dotąd na rynkach finansowych i danych makroekonomicznych. Tymczasem gospodarka składa się przede wszystkim z przedsiębiorstw i przedsiębiorców. To oni tworzą produkt krajowy brutto, czyli nasze powszechne bogactwo. Przedsiębiorcy są zaś wspierani przez pracobiorców, którzy odpowiednio zarządzani mają walny wpływ na wytwarzanie bogactwa narodowego. Dopiero ta konstatacja pozwala ze zrozumieniem oceniać wskaźniki ekonomiczne czy modele matematyczne, które opisują zjawiska gospodarcze.

Atutem Polacy

Analizując stan naszej gospodarki, trzeba przede wszystkim podkreślić, że głównym jej atutem jest olbrzymia przedsiębiorczość samych Polaków. I duża, ponadprzeciętna na miarę europejską, aktywność. To dzięki ogromnej determinacji armii przedsiębiorców względnie suchą nogą przeszliśmy przez ostatni światowy kryzys.

Należałoby być sceptycznym wobec wskaźników mierzących stan polskiej gospodarki. I tak na przykład wobec wszelkich pomiarów rynku pracy. To on jest przecież jednym z kluczowych czynników decydujących o krajowej prosperity. W Polsce nie jest jednak opisywany w sposób rzeczywisty. U nas bowiem to, co nazywa się wskaźnikiem poziomu bezrobocia, to nic innego jak pewna administracyjna, statystyczna liczba zarejestrowanych w urzędach pracy. Absolutnie nie odzwierciedla ona autentycznych zmian zachodzących na rynku pracy. Około 30 procent polskiej gospodarki wytwarzane jest w szarej strefie.

Kłopotem politycy

Drugi istotny wniosek sprowadza się do tego, że polityka państwa, głównie polityka fiskalna, powoduje niemożność wykorzystania naszego naturalnego potencjału wynikającego z aspiracji ekonomicznych. Dlaczego?

Dlatego że część ludzi jest spychana do szarej strefy, a niemała grupa mobilnych i młodych – wysyłana, by szukać szczęścia za granicą. Ci ostatni jadą budować bogatszą przyszłość Brytyjczyków, Niemców czy Francuzów.

Jednym z największych zagrożeń rozwoju gospodarki jest ciągle rosnący udział redystrybucji dochodu narodowego przez sektor publiczny, który w dodatku dramatycznie się jeszcze zadłuża. Czyli żyje na koszt tego, co w przyszłości wytworzymy my lub nasze dzieci. Tymczasem pieniądze wydawane przez sektor publiczny są zgodnie z teorią ekonomiczną wydawane o 45 – 50 proc. mniej efektywnie niż w sektorze prywatnym. Dług publiczny jest więc faktyczną skalą marnotrawstwa. Lub przynajmniej wybitnie nietrafionego gospodarowania naszymi środkami.

Żyjemy w niezrozumiałym przekonaniu, że po kolejnych wyborach parlamentarnych znajdzie się okazja do wprowadzenia istotnych zmian i deregulacji odblokowujących gospodarkę czy też naprawiających finanse publiczne. Mimo kolejnych wyborów takie działania nie mają miejsca. Dlaczego? Dlatego że nie widać w dzisiejszej klasie politycznej woli do wprowadzenia zmian, które ze względu na swoją skalę i charakter powinny przypominać te z przełomu lat 80. i 90.

Wyborcza spirala

To, że przez najbliższe dwa lata jesteśmy w cyklu wyborczym, zaowocuje tym, że politycy będą mniej chętnie podnosili podatki. Prędzej już będą je kamuflować jakimiś dodatkowymi opłatami. Na przykład takimi jak dzisiejsze 4 zł dopłacane do biletu lotniczego, po to by uzyskać dodatkowe dochody. Złudne jest też oczekiwanie, że kiedykolwiek uda się ograniczyć wydatki sektora publicznego. Większość z nich to zobowiązania wobec własnych obywateli, głównie systemu zaopatrzenia społecznego. Zatem nie można ich bezkarnie wypowiedzieć.

Jedyną dziś szansą na poprawę relacji między długiem a PKB jest zamrożenie wydatków (obecnie na wysokim poziomie) i odblokowanie gospodarki. Czyli danie szansy przedsiębiorcom, po to by mogli więcej wytwarzać i zmniejszać budżetową lukę, która dziś zaczyna być bardzo niepokojąca.

Autor jest ekspertem Centrum im. Adama Smitha