Na starych banknotach widnieją realni ludzie i miejsca. Na greckiej drachmie widzimy ruiny Olimpii, a na francuskim franku portret Paula Cezanne’a. Banknoty euro, które je zastąpiły, są udekorowane budynkami, które wyglądają z grubsza europejsko, ale nie są osadzone w żadnym konkretnym miejscu.

Krucha tożsamość

Zawsze uderzało mnie, że projekt banknotów euro mówi coś o kruchej tożsamości, na której zasadza się wspólna europejska waluta. Jeżeli Europejczycy nie potrafią nawet uzgodnić wspólnych symboli i bohaterów, to jak mogą porozumieć się w sprawie spójnej polityki i poświęceń, kiedy czasy robią się ciężkie? Grecki kryzys dłużny to jak dotąd najpoważniejszy test dla euro. W ubiegły czwartek zawarto porozumienie, które pozwala Grecji, w razie potrzeby, pożyczać pieniądze od Międzynarodowego Funduszu Walutowego i swoich europejskich partnerów.

To może na chwilę uspokoić rynki, ale w żaden sposób nie rozwiązuje podstawowego problemu. Twórcy euro byli jak partnerzy zawierający aranżowane małżeństwo. Wiedzieli, że łączy ono ze sobą kraje o bardzo różnych gospodarkach i kulturach politycznych. Mieli jednak nadzieję, że wraz z upływem czasu nowi partnerzy dorosną i stworzą prawdziwy związek.

Problemy w małżeństwie

W istocie Unia Europejska stawiała na trzy formy konwergencji: ekonomiczną, polityczną i masową. Kiedy wprowadzano euro, z nadzieją mówiło się o gwałtownym wzroście handlu i inwestycji pomiędzy krajami strefy euro, który doprowadzi do powstania prawdziwie zjednoczonej gospodarki europejskiej, gdzie narodowe poziomy wydajności i konsumpcji będą się do siebie zbliżać. Zakładano również – a być może była to tylko nadzieja – że euro doprowadzi do konwergencji politycznej. Skoro Europejczycy mieli używać tych samych banknotów i monet, powinni poczuć, ile mają ze sobą wspólnego, rozwinąć wzajemną lojalność i pogłębić unię polityczną.

I wreszcie, twórcy wspólnej waluty mieli nadzieję na trzecią formę konwergencji, pomiędzy elitą a opinią społeczną. Wiedzieli, że w niektórych kluczowych krajach, w szczególności w Niemczech, społeczeństwo nie podziela entuzjazmu elity politycznej dla stworzenia euro. Mieli jednak nadzieję, że wraz z upływem czasu uda się przekonać ludzi do idei jednej europejskiej waluty.

Grecki kryzys pokazuje, że to aranżowane europejskie małżeństwo przeżywa głębokie problemy. Partnerzy nie dorośli razem. Przez długi czas kraje takie jak Grecja i Portugalia korzystały z iluzji ekonomicznej konwergencji dzięki niższym stopom procentowym i stabilnej walucie, które przyniosło ze sobą euro. Kiedy europejska gospodarka rosła, rynki snuły fantazje, że nie ma większej różnicy pomiędzy papierami dłużnymi Grecji i Niemiec. Teraz jednak to się zmieniło i Grecja musi zapłacić znaczącą premię za swój dług.

Obecnie staje się jasne, że kraje takie Grecja, Hiszpania i Portugalia nie nadążają za znacznie wydajniejszą gospodarką Niemiec. W unii walutowej nie mogą rozwiązać swoich problemów za pomocą dewaluacji. Jedyną alternatywą jest długi i bolesny okres, podczas którego redukuje się koszty poprzez cięcia płac i obniżenie standardów życia.

Mit europejskiej solidarności

Ten brak ekonomicznej konwergencji obnażył brak konwergencji politycznej wokół wspólnej europejskiej tożsamości. Uderzający jest brak współczucia dla Greków ze strony Niemiec, największej europejskiej gospodarki. Niemieckie stanowisko wydaje się ograniczać do tego, że słabsze europejskie gospodarki płacą cenę za to, że ich obywatele nie pracują tak ciężko i nie są tak wykształceni jak Niemcy – teraz muszą się dostosować albo ostatecznie opuścić strefę euro. Wszelkie sugestie, że niemiecki niedostatek konsumpcji i uzależnienie od eksportu mogą mieć coś wspólnego z kryzysem, są wyśmiewane. Niektórzy greccy politycy zareagowali na niemiecką presję, przypominając brutalną hitlerowską okupację ich kraju podczas II wojny światowej. To tyle, jeżeli chodzi o europejską solidarność.

Twarde stanowisko Niemiec wynika z faktu, że trzecia konwergencja – pomiędzy elitą a opinią publiczną – także zawiodła. Niemieckie społeczeństwo wciąż jest głęboko zaniepokojone konsekwencjami unii walutowej. Niemcy boją się, że będą musieli płacić za nieodpowiedzialnych greckich polityków i finansować kaprysy tamtejszych emerytów. Ponieważ w maju odbędą się kluczowe wybory regionalne, kanclerz Angela Merkel chce pokazać, jaka jest twarda w stosunku do Grecji.

Gorzkie lekarstwo

Kiedy wprowadzano euro, wiodący niemieccy politycy argumentowali, z wyraźną lubością, że unia monetarna będzie ostatecznie wymagała unii politycznej. Kryzys grecki to właśnie takie wydarzenie, które powinno przyspieszyć ten proces. Jednak w obliczu konkretnego problemu rząd Merkel unika jakichkolwiek rozmów o unii politycznej – zamiast tego woli wlewać gorzkie ekonomiczne lekarstwo w gardła opornych Greków.

Strefa euro coraz mniej wygląda jak trwała unia, a coraz bardziej jak nieszczęśliwe małżeństwo niedopasowanych partnerów. Być może powinienem pójść na strych i poszukać tych starych europejskich banknotów. Kto wie, czy się jeszcze nie przydadzą.