Aleksander Łukaszenka nie jest liberałem. W ciągu 15 lat białoruski prezydent udowodnił, że liczy się dla niego tylko władza. Aby ją nadal sprawować, musi utrzymywać poparcie społeczne. Do tego potrzebne są pieniądze. Gdy zaczęły wysychać rosyjskie dotacje, Mińsk szuka sposobu na zasypanie dziury w finansach. Postawił na liberalizację gospodarki: prywatyzację i zagraniczne inwestycje. Polskie firmy na razie nie są zainteresowane tą ofertą, choć za wschodnią granicą czeka 10-milionowy rynek nieźle wykształconych, bliskich nam kulturowo i językowo, coraz bogatszych ludzi.

Gdy w sierpniu odwiedziłem w Mińsku szefa Narodowej Agencji Inwestycyjnej Wiktara Kawalenkę, który odpowiada za kształtowanie polityki inwestycyjnej kraju, można było nabrać podejrzeń co do realności wolnorynkowych zapewnień białoruskiego rządu. Nieklimatyzowane biuro z trzema pokojami wynajmowanymi na trzecim piętrze zaniedbanego biurowca otoczonego blokowiskami niczym w gierkowskiej części warszawskiego Ursynowa. Kawalenka szykował się jednak wówczas do przeprowadzki. Trzy tygodnie później do nazwy jego agencji dołączył człon „i Prywatyzacji”, pracownicy przenieśli się do nowoczesnego biurowca bliżej centrum Mińska, a całą instytucję wyłączono ze struktury ministerstwa gospodarki i podporządkowano bezpośrednio premierowi.

Mińsk czerpie wzory z Chin

Przeprowadzka ma rangę symbolu. Naczelną ambicją rządu Białorusi jest od kilku lat awans w rankingu Doing Business, przedstawianego corocznie przez Bank Światowy i oceniającego warunki prowadzenia biznesu w 183 krajach świata. Między 2008 a 2010 rokiem Białoruś awansowała ze 115. na 58. miejsce, wyprzedzając m.in. Polskę, która utrzymała 72. lokatę (kolejny raport zostanie opublikowany 4 listopada). Sukcesy na liście Doing Business eksploatuje propaganda; niemal wszyscy nasi rozmówcy po stronie rządowej wśród sukcesów Białorusi i argumentów na rzecz inwestowania w niej wskazywali właśnie ranking.

W ramach poprawy warunków dla inwestorów zlikwidowano w sumie pięć różnych podatków obrotowych, wprowadzając w zamian 12-proc. podatek dochodowy. Żeby otworzyć firmę, nie potrzeba zezwolenia, wystarczy zawiadomienie odpowiedniego urzędu, co zajmuje jeden dzień (choć procedura likwidacji firmy wywodzi się jeszcze ze starych czasów i trwa średnio... sześć lat).

>>> Czytaj też: Brazylia, a nie Chiny, jest największą konkurencją ideową dla Zachodu

Z tych pierwszych prorynkowych zmian cieszą się przedsiębiorcy. – Co roku przedstawiamy władzom listę postulatów, z których prezydencka administracja realizuje 10 – 15 proc. – opowiada rozmowie z „DGP” Uładzimier Karahin, przewodniczący prezydium oficjalnej Republikańskiej Konfederacji Przedsiębiorców.

Najważniejszym impulsem liberalizacyjnym był dekret prezydenta z 6 sierpnia 2009 r. – Wcześniej po prostu czekaliśmy, aż ktoś sam się do nas zgłosi z chęcią zainwestowania pieniędzy. Obecnie sami szukamy inwestorów – mówi nam Wiktar Kawalenka. Dekret przewidywał wiele ułatwień dla inwestorów: od przyspieszonego trybu załatwiania pozwoleń na budowę po uchylenie niektórych ceł i podatków. Jego wprowadzenie było efektem wysłania do Chin na stanowisko ambasadora dotychczasowego szefa Komitetu Kontroli Państwowej (odpowiednik NIK) Anatola Tozika. Wzorce chińskie – relacjonował władzom w Mińsku nowy ambasador w Pekinie – pokazują, że wolnorynkowa gospodarka wręcz ułatwia reżimowi trwanie. Opinia ta zainspirowała je do działania.

– Połączyliśmy więc model polski, przewidujący wprowadzanie proinwestycyjnych zmian w prawie gospodarczym, i turecki, polegający na typowaniu potencjalnych inwestorów i dwustronnych rozmowach z nimi – tłumaczy Kawalenka. W efekcie, o ile od 2001 r. do 15 listopada 2009 r. białoruski rząd zawarł zaledwie sześć umów inwestycyjnych, to od tamtej pory do sierpnia 2010 r. podpisano ich już 166.

Za najbardziej udane projekty inwestycyjne uważa się dopuszczenie Amerykanów do browaru Siabar w Bobrujsku, Austriaków do huty szkła w Jalizawie czy niemiecko-białoruską spółkę MAZ-MAN produkującą ciężarówki. Wkrótce do listy inwestorów dołączy Jan Kulczyk. W sierpniu Kulczyk Holding podpisał z białoruską Hrodnaenerhą umowę o budowie w Zelwie koło Wołkowyska elektrowni węglowej i transgranicznej, wiodącej do Polski, linii przesyłowej. Siłownia nie będzie musiała się stosować do unijnych limitów emisji dwutlenku węgla, ponieważ powstanie poza Unią. A dokładnie 50 km od jej granicy.

Jednak najlepsze możliwości inwestowania oferuje na Białorusi branża IT. Pięć lat temu powstał w Mińsku Park Wysokich Technologii (PWT) kierowany przez dawnego ambasadora w USA Walera Capkałę, który będąc na placówce, zachwycił się kalifornijską Doliną Krzemową.

Sam park jest klejnotem w białoruskiej koronie. – To ewenement na skalę światową – przekonuje w rozmowie z nami wiceszef instytucji Alaksandar Marcinkiewicz. – Większość podobnych parków czy wolnych stref ekonomicznych na świecie działa na niewielkim terenie. Nasz park jest całkowicie wirtualny – wystarczy się zarejestrować, a firmę można budować gdziekolwiek: w Grodnie, Mińsku albo we wsi nad Prypecią – dodaje. W zamian inwestor chcący rozwijać wysokie technologie na Białorusi jest całkowicie zwolniony z podatku VAT czy CIT, bezpłatnie otrzymuje ziemię pod budowę, nie płaci cła na materiały niezbędne do urządzenia zakładu. Od pensji pracowników odprowadza zaś zaledwie 9-proc. podatek.

Białoruś oferuje inwestorom wykształcone kadry. Co drugi student kończy w tym kraju kierunki techniczne, rocznie system edukacyjny wypuszcza 16 tys. specjalistów w dziedzinie technik komunikacyjnych i informacyjnych. Wydajność pracy jest taka jak w przypadku indyjskich informatyków, a koszt siły roboczej nieznaczny.

Najważniejszy hi-tech

– Chcemy pójść drogą Finlandii, która po upadku handlu z ZSRR w 1990 roku przestawiła się na hi-tech, czy Singapuru, którego PKB jest dziś o 1/3 większy niż gospodarka Ukrainy – tłumaczy Marcinkiewicz. Zapowiedzi są ambitne, ale utworzenie Parku było strzałem w dziesiątkę, co przyznają nawet opozycyjni ekonomiści. Obecnie działa w nim 88 firm. 80 proc. ich produkcji idzie na eksport, głównie do USA, UE i Rosji.

Niebawem rozpocznie się wielka białoruska prywatyzacja. Na listę przedsiębiorstw podlegających przekształceniom wpisano 134 firmy, w tym 22 zatrudniające ponad tysiąc ludzi (później wprowadzono do niej kilka zmian). Sporo z nich to przestarzałe molochy z czasów rozwijanej w latach sowieckich mody na przemysł ciężki, o archaicznym sposobie zarządzania. W wielu firmach stosunek inżynierów do robotników wynosi 8:1, podczas gdy na Zachodzie waha się w granicach 4:1 – 1:1. Ale jest też kilka smakowitych kąsków, na które ostrzą sobie zęby inwestorzy z całego świata.

Największe zainteresowanie ze strony polskich spółek wzbudza Biełdziarżstrach (w Polsce bardziej znany pod rosyjskim skrótowcem Biełgosstrach), monopolista na rynku ubezpieczeń, słabo rozwiniętym, a przez to wykazującym duży potencjał wzrostu. Wiadomo, że rozmowy w tej sprawie prowadził PZU. Jednak w lipcu bez większych wyjaśnień ze strony rządu Biełdziarżstrach został skreślony z listy spółek podlegających przekształceniom. Nie oznacza to jednak, że firma nie zostanie sprzedana. Jak podkreśla w rozmowie z „DGP” szef Państwowego Komitetu ds. Własności Ryhor Kuźniacou, decyzje w sprawie największych przedsiębiorstw, takich jak Biełdziarżstrach, Biełtelekam, producent traktorów MAZ, ciężarówek BiełAZ czy rafinerie Palimir i Naftan, będą podejmowane indywidualnie. Na listę nie trafiły też jeszcze banki, choć wiadomo, że i w tym sektorze Mińsk ma poważne plany prywatyzacyjne.

Polska jest na razie obecna w tym kraju jedynie pod postacią niewielkiego, ale rozwijającego się Sombiełbanku (0,13 proc. wartości aktywów całego sektora), którego pakiet kontrolny należy do Getin Holdingu Leszka Czarneckiego. Tymczasem rząd białoruski chce sprzedać czwarty co do wielkości Biełinwiestbank i mniejszy Parytetbank (14. na liście). – Partnerem dla Biełinwiestbanku powinny zostać EBOR lub instytucja z pierwszej „30” banków Europy, ale pakiet kontrolny Parytetbanku może też trafić w ręce mniejszego partnera z Zachodu – mówi nam Wasil Kornieu, który w Narodowym Banku Republiki Białorusi odpowiada za relacje z zagranicą. Mińsk nie wyklucza też sprzedaży mniejszościowych udziałów w dwóch największych bankach kraju: Biełarusbanku i Biełahraprambanku.

Władze podkreślają, że nic też nie stoi na przeszkodzie do otworzenia własnej instytucji finansowej. Na Białorusi działa zaledwie 31 banków. Dla porównania w Rosji jest ich 1029, a na Ukrainie – 185. Istnieje co prawda zasada, że udział kapitału zagranicznego w sektorze bankowym nie może przekroczyć 50 proc., ale do tej granicy jeszcze daleko (obecnie to 27,8 proc.).

Nie chcą Rosji

W lipcu tego roku w trybie pilnym na listę prywatyzacyjną dopisano natomiast Biełaruśkalij. Jak pisały dobrze poinformowane zazwyczaj rosyjskie „Wiedomosti”, za 51 proc. akcji jednego z największych na świecie producentów potasu władze chciałyby uzyskać 7,5 mld dol. Transakcją jest najbardziej zainteresowany budujący swoje potasowe imperium bliski Kremlowi rosyjski oligarcha Sulejman Kierimow. Ale – choć oficjalnie białoruskie władze podkreślają, że kapitał nie ma narodowości – urzędnicy są niechętni wpuszczaniu Rosjan do własnych zakładów.

– Wszyscy wiemy, jak wygląda biznes po rosyjsku. Nie chcemy u siebie szemranych przedsiębiorców z półkryminalną przeszłością – mówił nam jeden z wysoko postawionych białoruskich oficjeli. Zresztą sam Łukaszenka zdaje sobie sprawę, jakim zagrożeniem dla jego władzy jest przejęcie białoruskiej gospodarki przez Rosjan. – Chodzi o to, aby zmniejszać naszą zależność od Moskwy, a nie ją pogłębiać – tłumaczył „DGP” wiceminister gospodarki Andrej Tur, dawniej działacz opozycyjnej wobec władz Zjednoczonej Partii Obywatelskiej (AHP) Anatola Labiedźki.

Rosnącą niechęć Mińska do Moskwy staje się wielką szansą dla Zachodu. – Do tej pory najwięcej inicjatywy przejawiają firmy austriackie – mówi nam Mikałaj Sachar, wiceszef Białoruskiej Izby Handlowo-Przemysłowej. Białoruskimi przedsiębiorstwami są zainteresowani także Niemcy i Skandynawowie. – Rozmowy w sprawie inwestycji w sektorze bankowym prowadziły Commerzbank, UniCredit i ABN AMRO, jednak na razie bez większych efektów – mówi nam Jarasłau Ramanczuk, liberalny ekonomista, który z ramienia AHP ma zamiar walczyć w tym roku o urząd prezydenta.

Apetyt na białoruskie firmy mają też Litwini. Odkąd była unijna komisarz Dalia Grybauskaite objęła w 2009 roku urząd prezydenta, Litwa wyciszyła demonstracyjne wsparcie dla białoruskiej opozycji, stawiając na rozwój kontaktów biznesowych, co podkreśliła triumfalna wizyta Łukaszenki w Wilnie we wrześniu ubiegłego roku. Opłaciło się obu stronom: Litwa stała się adwokatem Białorusi na zachodnich forach, a litewskie inwestycje u większego sąsiada w ciągu roku wzrosły dwukrotnie. Według statystyk Białoruś stała się trzecim krajem po Wielkiej Brytanii i Irlandii, do którego Litwini najchętniej emigrują.

Warszawa nieobecna

Polscy przedsiębiorcy są na razie nieobecni w wyścigu o białoruskie firmy. – Jest pewne zainteresowanie prywatyzowanymi spółkami, ale bez większych rezultatów – przyznaje Ryhor Kuźniacou. – Wśród 172 inwestorów, z którymi podpisaliśmy umowy inwestycyjne, nie ma żadnych Polaków – dodaje wiceminister Tur (dopiero niedawno Kulczyk Holding zawarł kontrakt na budowę elektrowni). – Polacy nie są zainteresowani nawet outsourcingiem na Białorusi, choć niektóre podzespoły zamawia u nas choćby Audi – stawia kropkę nad i Uładzimier Karahin.

Z czego wynika ignorowanie wschodniego sąsiada? Po części ze strachu przed inwestycjami na Białorusi, postrzeganej przez pryzmat rozpędzanych demonstracji, zabójstw opozycjonistów na przełomie wieków i dyktatorskich rządów Łukaszenki. Po części także z nieznajomości rynku. Duży rezonans wśród polskiego biznesu działającego na Wschodzie wywołały problemy Terravity. W 2009 roku w polskich gazetach codziennych ukazał się apel spółki ostrzegający przed inwestycjami na Białorusi.

Firma w latach 90. wybudowała fabrykę czekolady w Mińsku. Nierzetelny partner na podstawie sfałszowanych dokumentów wyniósł z niej warte milion dolarów urządzenia. Terravita przez wiele lat nie była w stanie uzyskać w sądach białoruskich korzystnego dla siebie wyroku i odzyskać skradzionych mazyn i pieniędzy.

„Jesteśmy – wskutek poniesionych na Białorusi strat i wobec braku wsparcia ze strony polskich władz – zdeterminowani w swym działaniu i z tego powodu publicznie ostrzegamy innych potencjalnych inwestorów przed podejmowaniem tam jakiejkolwiek działalności gospodarczej, apelując, aby z naszych doświadczeń czerpali dla siebie wiedzę” – czytamy w oświadczeniu władz Terravity.

Według Uładzimiera Karahina spółka popełniła kilka błędów typowych dla polskich inwestorów. Przede wszystkim znalazła kontrahenta na własną rękę. Przed inwestycją nie rozpoznała rynku, nie zbadała warunków prowadzenia interesów, nie zasięgnęła też porady ani w białoruskich stowarzyszeniach przedsiębiorców, ani w polskiej ambasadzie. Tymczasem nasza placówka (mimo pozorów stwarzanych przez fatalnie prowadzoną stronę internetową) dysponuje nie tylko listą sprawdzonych i wiarygodnych partnerów, ale też spisem wywiadowni gospodarczych, które są w stanie ustalić, czy kontrahentowi można zaufać.

Choć białoruskie władze robią, co mogą, aby przekonać zachodni biznes, że tuż za wschodnią granicą Unii Europejskiej budują dla niego inwestycyjny raj, nie wszystko wygląda bajecznie. – Przede wszystkim w kontaktach z urzędami trzeba się liczyć z modelem pracy, który pamięta jeszcze czasy sowieckie – nie ukrywa Wiktar Kawalenka. Coś, co w ZSRR nazywano spychotechniką, a w PRL spychologią wynikającą ze strachu przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, na Białorusi funkcjonuje do dziś.

Spychotechnika jest obecna nawet na szczeblu administracji prezydenta. – Gdy zwracamy się do niej z jakąś prośbą, odpowiedź poznajemy po długości faksu. Krótka wiadomość oznacza zgodę. Gdy maszyna wypluwa kilka stron, wiemy, że nic z tego – śmieje się Karahin. Spychologia wydłuża wszelkie procedury w nieskończoność, uniemożliwia też dochodzenie swoich praw po błędach urzędników, bo trudno znaleźć winowajcę.

Ponadto na najwyższych szczeblach władzy zdarzają się jeszcze ludzie o mentalności komunistycznego betonu, którym otwarcie gospodarki kojarzy się z zagrożeniem dla stabilności, „diermokracją” (od rosyjskiego słowa oznaczającego g...o) i gangsterką a la Rosja lat 90. Jeden z moich rozmówców, wpływowy urzędnik państwowy, gdy dowiedział się, że jestem dziennikarzem, płynnie pokonał ścieżkę skojarzeń Polska – USA – CIA – kolorowe rewolucje i porównał przedstawicieli zachodniej prasy do ludzi grabiących sklepy podczas rewolty w Kirgistanie.

Nie dajmy się wyprzedzić

Jak zapewnia Kawalenka, władze zdają sobie sprawę ze skali problemu i na stanowiskach urzędniczych w ministerstwach odpowiedzialnych za politykę gospodarczą starają się zatrudniać ludzi młodych, niezepsutych przez komunizm. Rzeczywiście, minister gospodarki Mikałaj Snapkou ma zaledwie 41 lat, a jeden z jego zastępców jest o siedem lat młodszy. A sposobów wykorzenienia spychologii mają się uczyć od... Chin. Nauczycielem zostanie ambasador Tozik.

Poważnym problemem – o czym świetnie wie zarząd Terravity – jest system prawny. Działalność gospodarcza wiąże się z ryzykiem, a przestępstwa w tej dziedzinie są bardzo surowo karane. Dyrektorzy przedsiębiorstw dostają czasem 12-letnie wyroki. – Wciąż walczymy o to, by szef firmy nie odpowiadał karnie za błędy popełnione przy braku złej woli – mówi Uładzimier Karahin. Z drugiej strony postępowania odszkodowawcze ciągną się latami, a przedsiębiorca jest skazany na humory urzędników. Sprawy nie ułatwiają też wzajemnie sprzeczne przepisy. – Panuje opinia, że sami pracownicy ministerstw, którzy wdrażają nowe prawo, dowiadują się o nim z dwutygodnika dla przedsiębiorców „Indiwidualnyj Priedprinimatiel” – śmieje się w rozmowie z nami Alina z Brześcia, która prowadzi prywatną firmę.

Karahin z kolei podaje przykład drobnego przedsiębiorcy z Bobrujska, którego odwiedziła inspekcja podatkowa. Okazało się, że tego dnia nie wziął z domu kluczy do pomieszczenia z dokumentami skarbowymi. I choć nazajutrz osobiście zawiózł potrzebne papiery fiskusowi, urzędnicy zdążyli skonfiskować mu mienie i nałożyć na niego ponad 100 mln rubli (95 tys. zł) kary. Sprawa o zwrot pieniędzy ciągnęła się przez dwa lata i zakończyła dopiero po rozmowie, jaką szef Republikańskiej Konfederacji Przedsiębiorców odbył z szefem sądu w Mohylewie. Zresztą nawet korzystny wyrok nie jest jeszcze gwarancją powodzenia. Na jednego egzekutora przypada bowiem aż 500 spraw. Sądy są zawalone pozwami, ponieważ na szczeblu rejonowym (odpowiednik powiatów) nie istnieją wydziały gospodarcze.

Zdarzają się też naciski polityczne. W październiku opozycyjna gazeta „Salidarnasć” opublikowała pismo wystosowane przez administrację jednej z mińskich dzielnic do prywatnych przedsiębiorców, w którym z powołaniem się na decyzję Rady Ministrów żądano od nich zagwarantowania wszystkim pracownikom płacy na poziomie co najmniej 200 dol. Polecenie wiąże się z przedwyborczym celem Łukaszenki (wybory odbędą się 19 grudnia) podniesienia średniej płacy do poziomu 500 dol. W przeciwnym razie zagrożono kontrolą.

Inwestowanie na Białorusi nie jest drogą usłaną różami. Jednak polscy biznesmeni mogą się tu pochwalić lepszym handicapem niż ich zachodni rywale. Podobne problemy występowały bowiem w Polsce początku lat 90., przydają się też doświadczenia z Rosji czy Ukrainy. Mińskowi zależy na zachodnich pieniądzach, więc robi, co może, by pokazać, że warto otworzyć między Niemnem a Prypecią własną firmę. Czas, by powiedzieć „sprawdzam” i nie pozwolić konkurentom z Litwy i Niemiec spić całej śmietanki.