No i co z tą zmianą i nadzieją? – kpiła Sarah Palin, była kandydatka Republikanów na wiceprezydenta, nawiązując do dwóch kluczowych haseł, które dały Barackowi Obamie zwycięstwo w 2008 roku. Gdy Demokraci ponieśli ogromne straty w wyborach uzupełniających, jej drwina jest jeszcze boleśniejsza i dotyka w równym stopniu zwolenników Obamy w USA, jak i na całym świecie.

Pomyślcie tylko o tłumach wiwatujących podczas przemówienia Obamy wygłoszonego w Berlinie latem 2008 roku, oceanach ciepłych słów, jakie prezydent zebrał po swojej mowie w Kairze poświęconej islamowi i Zachodowi, oraz o Pokojowej Nagrodzie Nobla, przyznanej mu, gdy ledwo zadomowił się w Owalnym Gabinecie.

Teraz w umysłach cudzoziemców, którzy zainwestowali tyle nadziei w nowego prezydenta, rodzi się paskudna myśl. Być może Obama reprezentuje nie nowy początek w relacjach Ameryki z resztą świata, ale tymczasową aberrację? Być może po krótkiej przerwie na umiędzynarodowienie i zaangażowanie w relacje z resztą świata USA wrócą do bardziej unilateralnej i nacjonalistycznej polityki zagranicznej?

Oczywiście ważne jest, by nie przeceniać roli polityki zagranicznej w problemach Obamy. W całej kampanii przed wyborami uzupełniającymi Republikanie podkreślali przede wszystkim kwestie ekonomiczne: deficyt, dług i bezrobocie.

A jednak trudności, jakie napotkał Obama w polityce zagranicznej, także mają znaczenie. W 2008 roku sondaże sugerowały, że jego obietnica poprawienia wizerunku Ameryki w świecie przyciągnęła wielu wyborców. Obecnie jednak Obama jest przedstawiany jako człowiek, który nie potrafi dotrzymywać obietnic – zarówno za granicą, jak i w domu.

Wręcz przeciwnie, twierdzą jego oponenci, prezydent wyspecjalizował się w czapkowaniu cudzoziemcom, robieniu afrontów sojusznikom, poniżaniu prestiżu Ameryki i wysuwaniu chimerycznych inicjatyw pokojowych. Większość z tej krytyki jest nieusprawiedliwiona. Prawdą jest jednak, że nacisk kładziony przez Obamę na zaangażowanie w politykę zagraniczną przyniósł jak dotąd marne rezultaty.

Największym osiągnięciem tego podejścia jest znacząca poprawa w stosunkach z Rosją. Oprócz tego trudno jednak wskazać wiele sukcesów. Nie ma zbliżenia z Iranem, nie ma przełomu w procesie pokojowym na Bliskim Wschodzie, nie ma zwycięstwa w Afganistanie.

Co więc poszło nie tak? Być może administracja Obamy zanadto uwierzyła we własną propagandę. Ludzie Obamy mieli nadzieję, że może on zmienić świat, po prostu nie będąc George’em W. Bushem.

W istocie istnieją pewne realia, które ograniczają i kształtują amerykańską politykę zagraniczną, bez względu na to, kto zasiada w Białym Domu: nieustępliwość Iranu, chwiejna natura Afganistanu, rosnąca asertywność Chin, finansowe ograniczenia amerykańskiej potęgi. Jednak argument „realistów”, że obiektywne okoliczności popchnęłyby prawdopodobnie wszystkich amerykańskich prezydentów w podobnym kierunku, również nie jest do końca słuszny.

Osobowość i przekonania głównodowodzącego wciąż liczą się w polityce zagranicznej – świat może się o tym na nowo przekonać, jeżeli Obama przegra z Republikanami w 2012 roku.

Obecnie Republikanie nie mają spójnego podejścia wobec reszty świata. Nawet w Tea Party znajdują się elementy, które chcą bardziej agresywnej i zmilitaryzowanej polityki zagranicznej, od Iranu po Afganistan. Istnieje też skrzydło bardziej izolacjonistyczne.

Jednak jedno przekonanie wydaje się jednoczyć większość amerykańskich konserwatystów: to wiara w wyjątkową cnotę Ameryki i jej unikatową rolę w świecie. Wymijająca odpowiedź Obamy na pytanie, czy wierzy w „wyjątkowość Ameryki” (zadane mu przez Edwarda Luce’a z „Financial Times” 18 miesięcy temu), jest wciąż pamiętana i regularnie wypominana mu przez Republikanów. Palin wykorzystała ostatnio Facebooka, by załamać ręce nad tym faktem: „Mamy prezydenta, który być może pierwszy raz od czasu założenia republiki zdaje się nie wierzyć w to, że Ameryka jest największą siłą dobra, jaką świat kiedykolwiek widział”.

Problem z polityką zagraniczną opartą na przekonaniu o wyjątkowości amerykańskiej potęgi polega na tym, że zakłada ona, iż zasady stosujące się do innych krajów nie dotyczą USA. W rezultacie ludzie z Tea Party nie są przygotowani na nieunikniony wzrost znaczenia nowych centrów władzy na całym świecie. Są skłonni interpretować porażki i frustracje w kraju i za granicą nie jako konsekwencje nieuniknionego ograniczenia amerykańskiej potęgi, ale wpychanie kija w szprychy, czy to przez „liberalne elity” w Waszyngtonie, czy to przez przebiegłych cudzoziemców. To z kolei grozi prowadzeniem niestabilnej polityki zagranicznej, która jest w równej mierze agresywna, zadufana w sobie i użalająca się nad sobą.

Obama zdecydowanie nie jest w stanie spełnić wygórowanych nadziei, które celowo rozbudził w 2008 roku. Ale jeżeli odejdzie, świat może jeszcze za nim zatęsknić.