W Polsce karmimy się iluzją, że jako przedmurze Unii Europejskiej jesteśmy w naturalny sposób najlepiej predestynowani do robienia dobrych interesów za naszą wschodnią granicą. Nic bardziej mylnego. Polski biznesmen może i łatwiej się w Kijowie czy Mińsku dogada, ale nie oznacza to jeszcze, że wróci stamtąd z naręczem lukratywnych kontraktów. W rzeczywistości rolę gospodarczego łącznika z Zachodem od lat pełnią tam Niemcy, którym w ciągu dwóch ostatnich dekad udało się stworzyć unikalny system zacieśniania ekonomicznych kontaktów z krajami byłego ZSRR.

>>> Czytaj też: Polska rozwija się dzięki ożywieniu w Niemczech

Według Deutsche Banku do 2008 r. (najnowsze dostępne dane) całkowita wartość niemieckich inwestycji bezpośrednich na Ukrainie wyniosła 8,5 mld euro. Więcej kapitału zaangażowały nad Dnieprem tylko firmy... cypryjskie, które są de facto przykrywką dla transferu pieniędzy ukraińskich czy rosyjskich oligarchów. Można więc założyć, że tak naprawdę Niemcy są w tym rankingu niekwestionowanym liderem, przynajmniej wśród krajów zachodnich. W tym samym zestawieniu Polska sytuuje się na 13. miejscu z całkowitym wolumenem inwestycji rzędu ok. 500 mln euro (694 mln dolarów).

Podobnie sprawa wygląda na Białorusi. Niemcy z 60 mln euro to inwestor numer 4. Polska z ledwie 14 mln także znalazła się poza czołówką. Trudno nam też równać się z Niemcami pod względem obrotów handlowych z krajami regionu. Według Eurostatu polska wymiana towarowa z Rosją w ciągu ostatniej dekady wzrosła z 6 do 12,5 mld euro. W tym samym czasie niemiecko-rosyjskie obroty skoczyły z 21 do 44 mld. Oczywiście trzeba pamiętać, że Niemcy (największa gospodarka Europy) mają czterokrotnie większy PKB i w eksporcie na świecie biją ich tylko Chińczycy (a i to dzięki kryzysowi).

Najpierw dyplomacja i soft power

Pozycja gospodarczego lidera na Wschodzie nie spadła Berlinowi z nieba. To efekt długoletniej pracy i wydeptywania biznesowych oraz politycznych ścieżek. Kluczem do sukcesu jest sprawna, dobrze opłacana i profesjonalna dyplomacja. – Niech nikogo nie zmyli medialne narzekanie na to, że Niemcy są wprawdzie ekonomicznym gigantem, ale politycznym karłem. To było prawdą do końca lat 90. Jednak pod rządami Gerharda Schroedera i Angeli Merkel zjednoczone Niemcy zaczęły uprawiać nową, świadomą własnych interesów i pewną siebie politykę zagraniczną – mówi nam Gunther Hellmann, politolog z uniwersytetu we Frankfurcie.

Dowodem mogą być choćby zwiększające się gwałtownie w ostatnich latach wydatki na ministerstwo spraw zagranicznych (z 2,2 mld w 2005 r. do 3 mld euro dziś) oraz ministerstwo współpracy gospodarczej i rozwoju (z 3,8 do 5,8 mld euro w tym samym okresie). Po latach oszczędności Niemcy zaczęli też zwiększać nakłady przeznaczane na pomoc rozwojową. Jeszcze w 2004 r. wynosiły one zaledwie 0,28 proc. PKB, w 2008 r. sięgnęły 0,37 proc. PKB, a w 2010 r. miały wynieść 0,5 proc. PKB. Eksperci są zgodni, że większe środki wydawane na dyplomację mają bezpośrednie przełożenie na otwieranie drzwi dla niemieckiego biznesu w krajach byłego ZSRR. Przekładają się na niezliczone konferencje, seminaria, programy wymiany urzędników czy targi przedsiębiorczości. Te z kolei owocują zamówieniami i kontraktami.

Niemcy doskonale zdają sobie sprawę, że dyplomaci nie wszędzie mogą dotrzeć. Tam, gdzie bezpośrednie zaangażowanie rządowe jest politycznie ryzykowne, a czasem nawet kontraproduktywne, do gry musi wejść niemiecka sieć soft power, czyli miękki lobbing polityczny. Każda niemiecka partia ma w regionie swoją prężnie działającą fundację. CDU Angeli Merkel działa poprzez Fundację Konrada Adenauera, opozycyjne SPD – Fundację Friedricha Eberta, Zieloni – Heinrich Boell Stiftung, a FDP – Fundację Friedricha Naumanna na rzecz Wolności, by wymienić tylko te największe. I tak Ebert ma w Rosji aż trzy biura: w Moskwie, Petersburgu i Nowosybirsku, Adenauer dwa. Wszyscy są obecni w Kijowie i Tbilisi, a SPD udało się nawet dostać zgodę Aleksandra Łukaszenki na biuro w Mińsku. Nawet Astana, Biszkek, Ałmaty czy Duszanbe nie są dla niemieckich fundacji politycznych terra incognita. Ich specjalnością stały się projekty społeczne i edukacyjne.

Trudno się też dziwić, że promują przy okazji wartości korzystne dla niemieckiego biznesu: przejrzystość prawną, dalsze urynkowienie gospodarki czy walkę z korupcją. Organizują także niezliczone podróże studyjne dla młodych liderów, polityków czy dziennikarzy, budując zaufanie elit do nowych Niemiec.

Budowa subtelnego soft power nie jest rzecz jasna tania. Na przykład roczny budżet działającej w ponad 100 krajach świata Fundacji Eberta to 128 mln euro, z czego w 2009 r. aż 72 mln przeznaczone były na działalność zagraniczną. W dłuższej perspektywie zwraca się jednak z nawiązką.

Na takim gruncie dużo łatwiej budować potem dobre kontakty biznesowe. Ich promowaniem – już zupełnie wprost – zajmuje się kolejna sieć miękkiej niemieckiej potęgi: komercyjne fundacje powołane do życia przez sam biznes.

Fundacja BMW im. Herberta Quandta, powiązana oczywiście z monachijskim koncernem samochodowym, organizuje co roku tygodniowe seminarium (tzw. niemiecko-rosyjskie rozmowy w Baden-Baden) dla niemieckich i rosyjskich menedżerów wyższego szczebla, ale poniżej 45 lat, co daje im dostęp do niezwykle perspektywicznej grupy przyszłych elit kierowniczych największego państwa świata. Z kolei Fundacja Koerbera powiązana z koncernem papierowo-tytoniowym Koerber AG dwa razy do roku zaprasza polityków i decydentów z regionu na ekskluzywne rozmowy bergedorfskie. Podobne aktywności animują też Fundacja Roberta Boscha (związana z koncernem narzędziowym Boscha ze Stuttgartu) oraz fundacja Alfreda Kruppa (powiązana z grupą stalowniczą ThyssenKrupp).

Wyróżnić trzeba też Wschodnie Forum Niemieckiego Binzesu, organizację powołaną do życia w 1952 r. przez niemieckich przedsiębiorców. Forum szkoli menedżerów, inżynierów i wspiera wymiany młodzieżowe ze Wschodem. Brytyjski „Financial Times” nazwał je kiedyś „najgłośniejszym, mającym najlepsze powiązania i najbardziej bezwstydnym prorosyjskim lobby w świecie Zachodu”. Szef przedsięwzięcia Klaus Mangold, były menedżer Daimlera, a obecnie również honorowy konsul Rosji w Badenii-Wirtembergii, uważa takie sądy za nic innego jak tylko zarzuty zazdrosnych o niemieckie wpływy Anglosasów.

– Nasze zaangażowanie jest kompleksowe, długofalowe i swoją skalą przerasta wszystko, co robią Brytyjczycy, Francuzi czy Włosi – tłumaczy. Jeszcze dosadniej ujmuje to jeden z najbardziej znanych znawców Rosji wśród niemieckich analityków Alexander Rahr z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej. – W zglobalizowanym świecie Wschód jest jednym z niewielu rynków, gdzie bogate kraje rozwinięte mogą jeszcze rozszerzać swoją działalność. Nic dziwnego, że bijemy się z Amerykanami czy Brytyjczykami o ten obszar. Oni zachowali się naiwnie, podchodząc do Rosji w sposób czysto rynkowy. Robili interesy z oligarchami, nie troszcząc się o żadne polityczne zabezpieczenie. My nie popełniamy tego błędu. Wiemy, jak ważne na Wschodzie są instytucje, a jak słaba i zależna od humorów władz prywatna inicjatywa – mówi nam Rahr.

A potem twarda polityka

Dopiero na tym tle przychodzi zaangażowanie urzędu kanclerskiego czy samych ministrów, a więc absolutnych wyżyn niemieckiej polityki. Jest to jednak zaledwie wisienka na torcie. Gdyby tortu nie było, sam owoc wyglądałby na talerzu żenująco śmiesznie. Owszem, Gerhard Schroeder był znakomitym promotorem kontaktów biznesowych, zwłaszcza w strategicznej dziedzinie energetyki. Męska przyjaźń kanclerza z Władimirem Putinem bez wątpienia znacząco przyczyniła się do tego, że E.ON Ruhrgas stał się pierwszym zagranicznym udziałowcem dopuszczonym do kupna akcji Gazpromu i zbudowania razem z rosyjskim monopolistą (i firmą BASF) Gazociągu Północnego. Jednak gdy prorosyjskiego Schroedera zastąpiła ostrożniejsza wobec Moskwy Angela Merkel, intensyfikacja kontaktów biznesowych bynajmniej nie spadła. W 2008 r. Rosjanie sprzedali np. E.ON Ruhrgasowi 25 proc. udziałów w polu gazowym Jużno Ruskoje. Ale nie był to ze strony Kremla żaden prezent dla Merkel, tylko dobry interes, bo Gazprom dostał w zamian dalszą możliwość wchodzenia na niemiecki rynek detaliczny gazu.

Dzieje się tak dlatego, że niemiecko-rosyjskie stosunki gospodarcze są jak dobrze zaprogramowana maszyna, która nie wymaga, by ktoś nią ciągle ręcznie sterował. Działają same z siebie niezależnie od tego, czy Schroeder jeździ z Putinem saniami, czy Merkel krytykuje Kreml za inwazje na Gruzję.

Co najważniejsze, ten mechanizm daje Niemcom na Wschodzie znakomite efekty. Od 11 lat w Kaliningradzie rosyjski Awtotor składa bmw w ramach joint venture z monachijskim gigantem. Firma planuje, że w tym roku z taśm produkcyjnych zjedzie przynajmniej 10 tys. aut. Kwitną też dwa joint venture Daimlera z Kamazem produkujące ciężarówki oraz sprzęt rolniczy. Z kolei gigant petrochemiczno-przemysłowy Ferrostaal z Essen będzie uczestniczył w budowie centrum przetwórstwa metanolu w Archangielsku. A podczas październikowej wizyty niemieckiego prezydenta Christiana Wulffa jego rosyjski odpowiednik Dmitrij Miedwiediew zapowiedział, że bardzo liczy na niemieckie firmy IT przy rozbudowie rosyjskiej Doliny Krzemowej w podmoskiewskim Skołkowie.

Z kolei na Ukrainie frankfurcki Commerzbank ma większość udziałów w Banku Forum, czołowej instytucji finansowej nad Dnieprem. W rękach niemieckich jest też kilka dużych cementowni. A producent materiałów budowlanych Knauf zapowiedział latem, że do dwóch dużych fabryk w Kijowie i Sołedarze dorzuci jeszcze trzecią w Tarnopolu lub Iwano-Frankowsku. Nawet na Białorusi, najmniej otwartym na zagraniczne inwestycje kraju regionu, Niemcy zdołali zdobyć przyczółek, tworząc joint venture MAZ-MAN. I będą bez wątpienia głównym rozgrywającym zapowiadanej przez Łukaszenkę białoruskiej prywatyzacji.

Konsekwencja i udany mariaż biznesu z dyplomacją sprawiają, że Niemcy są już na Wschodzie silnie okopani, podczas gdy my wysyłamy tam dopiero zagończyków.