Rynki finansowe wrzuciły Irlandię do tego samego worka, w którym znajduje się Grecja. Na skraj bankructwa oba kraje doszły jednak zupełnie innymi drogami. Ateny są ofiarą własnej wieloletniej rozrzutności, Dublin zbliża się do progu niewypłacalności z powodu radykalnych oszczędności kryzysowych, które dobiły dołującą gospodarkę. Drogi kompletnie różne, ale skutki podobne.

>>> Raport: Kryzys w Irlandii

Pierwsza historia wygląda następująco: Grecja postawiła na wszechogarniającą interwencję państwa. Nie dość, że w przeliczeniu na mieszkańca kraj otrzymywał największe fundusze strukturalne w Unii, to dodatkowo żył na kredyt na niespotykaną skalę. Od lat 70. grecki deficyt budżetowy oscylował wokół 10 proc. PKB, zaś dług publiczny należał do najwyższych w Europie. Państwo mnożyło przywileje socjalne, pozwoliło na rozrost armii urzędników oraz tolerowało nieszczelny system podatkowy. W gospodarce kompletnie zduszono konkurencję: aby zostać taksówkarzem, właścicielem restauracji czy nawet zwykłym przewodnikiem po Atenach, należało wkupić się za wielkie pieniądze w łaski zamkniętych korporacji zawodowych i otrzymać specjalne pozwolenie. Zły przykład szedł zresztą z góry: od 2001 roku władze regularnie fałszowały dane statystyczne byle spełnić przynajmniej na papierze surowe normy budżetowe strefy euro.

>>> Czytaj też: Irlandia zgodziła się na przyjęcie pakietu pomocowego od UE i MFW

Druga historia jest natomiast taka: Irlandia postawiła na minimalną rolę państwa w gospodarce oraz maksymalną konkurencję. Jako jeden z nielicznych krajów Unii Zielona Wyspa przez wiele lat wypracowywała nadwyżkę w budżecie i utrzymywała niewielki dług publiczny. Irlandczycy wykorzystali unijne fundusze strukturalne głównie na rozwój edukacji. Nie tylko nie krępowali konkurencji na rynku, ale stworzyli wręcz idealne warunki dla inwestycji zagranicznych, których sednem były rekordowo niskie jak na Europę podatki od zysków (12,5 proc.). Obok Wielkiej Brytanii i Szwecji Irlandia była też pierwszym krajem starej Unii, który otworzył swój rynek pracy dla nowych państw członkowskich.

Dwie różne drogi doprowadziły do tego samego punktu – skraju bankructwa.

Bańka większa niż w USA

Jak to możliwe, że prymus liberalnych ekonomistów skończył tak samo jak kraj znany z etatystycznego rozpasania? – Irlandzkie władze za bardzo zaufały rynkowi. Pozwoliły bankom na czerpanie pełnymi garściami na rynku kapitałowym strefy euro i udzielanie bez opamiętania kredytów hipotecznych – tłumaczy „DGP” ekspert dublińskiego Instytutu Badań Ekonomicznych i Społecznych (ESRI) Thomas Conefrey.

>>> Polecamy: Irlandzki sektor bankowy jest na krawędzi krachu

Powstała w ten sposób największa na Zachodzie bańka na rynku nieruchomości, której prawdziwą skalę Irlandczycy poznają dopiero teraz. Zdaniem agencji ratingowej Moody’s samo przejęcie niespłacalnych kredytów udzielonych przez największy w kraju Anglo Irish Bank pochłonie 35 mld euro. Aby ratować sytuację, rząd musiał sięgnąć po środki całkowicie sprzeczne z dotychczasową, liberalną strategią i znacjonalizować część czołowych instytucji finansowych, jak Allied Irish Banks (AIB). Władzom nie udało się też utrzymać równowagi finansów publicznych. Przeciwnie, tylko w tym roku, głównie z powodu kosztów ratunku banków, deficyt budżetowy kraju osiągnie 32 proc. PKB. Rachunek ratowania banków tylko za 2010 rok jest przerażający – 50 mld euro. To czwarta część dochodu narodowego kraju. W ten sposób dług Irlandii zbliża się do 100 proc. PKB i proporcjonalnie jest już niewiele mniejszy niż Grecji.

Koszty są ogromne, bo też bezprecedensowe było załamanie irlandzkiego rynku. O ile u szczytu hossy, na początku 2007 roku, za dom w Dublinie płacono średnio 426 tys. euro, dziś można go kupić za 238 tys. euro. Ceny nieruchomości średnio spadły o 40 – 60 proc.

Rząd co prawda starał się za wszelką cenę uniknąć utraty kontroli nad deficytem budżetowym, jak to się przydarzyło Grecji. W 2008 i 2009 roku przeprowadził bardzo ostre cięcia w wydatkach. To jednak jeszcze bardziej pogłębiło załamanie gospodarki: w zeszłym roku skurczyła się ona o prawie 8 proc., dużo więcej niż grecka. Kraj wszedł w fatalną spiralę zadłużenia. Zwolnieni z powodu recesji pracownicy nie tylko nie płacą podatków, ale też domagają się od państwa świadczeń osłonowych. Jednocześnie Zielona Wyspa płaci za to, co przez lata było jej atutem: niskie podatki. Nieproporcjonalnie duża część dochodów fiskalnych pochodzi z obciążeń od zysków kapitałowych. Tyle że raczej mało kto w Irlandii takie zyski deklaruje. Z tego powodu tegoroczny deficyt budżetowy, nawet bez uwzględnienia kosztów ratunku banków, wyniesie aż 14 proc. PKB.

Co prawda na razie Irlandia wciąż utrzymuje o wiele niższe podatki niż Grecja. Jednak taki układ szybko zbliża się do momentu, w którym ich podniesienie będzie konieczne. Dziura w finansach publicznych jest ogromna: nawet bez uwzględnienia nadzwyczajnych kosztów ratowania banków dochody podatkowe są aż o 12 pkt proc. PKB mniejsze niż bieżące potrzeby państwa. Tyle że zasadnicze podniesienie podatków może zniechęcić zagraniczne firmy do inwestowania na Zielonej Wyspie i pozbawić Irlandię jednego z ostatnich źródeł dochodów.

Załamanie popytu w Ameryce i Azji spowodowało w 2009 roku największy od dziesięcioleci spadek eksportu w Europie. Ale w Irlandię kryzys u największych partnerów handlowych uderzył w dwójnasób. Kraj ma małą i jednocześnie bardzo otwartą na współpracę międzynarodową gospodarkę: obroty handlowe stanowią tu przeszło 150 proc. PKB. Niemal wszystko, co jest wytwarzane przez irlandzkie przedsiębiorstwa, trafia za granicę. Gdy więc załamał się eksport, załamała się i irlandzka gospodarka.

Irlandia paradoksalnie płaci też za lata wstrzemięźliwości finansowej państwa. Najpierw deficyt budżetowy kraju był niewielki, a w 2008 i 2009 roku rząd przeprowadził ostre cięcia w wydatkach. To uspokoiło inwestorów i spowodowało, że Irlandia dopiero rok po Grecji znalazła się na monitorach rynków finansowych. Dziś jednak Unia przygotowała się na takie przypadki – i to niekoniecznie w sposób, który byłby dla Irlandczyków najlepszy. Model rozwiązania problemów oparto bowiem na casusie greckim i teraz do niego będzie się musiała dostosować Zielona Wyspa. Kanclerz Angela Merkel chce ustanowienia na stałe mechanizmu zorganizowanego bankructwa krajów strefy euro, które nie są w stanie spłacić swoich zobowiązań. Zgodnie z jej pomysłem, jeśli kraj Unii przeżywający kłopoty finansowe wystąpi o ratunek do UE, część kosztów mają ponieść posiadacze jego bonów skarbowych. W obawie, że Irlandia może nigdy już nie spłacić swoich zobowiązań, inwestorzy zaczęli się domagać dodatkowej premii za zakup irlandzkich obligacji. Ich oprocentowanie wzrosło do 9 proc., niewiele mniej niż w szczytowym momencie kryzysu płacono za podobne papiery Grecji.

To, co dziś przeżywa Grecja, grozi także Zielonej Wyspie: groźba dyktatu programu oszczędnościowego narzuconego przez Komisję Europejską i MFW. Oszczędności pod nadzorem Unii oznaczają zaś jedno: dalsze utrzymanie się recesji. Taki będzie skutek kolejnej fali cięć w wydatkach państwa, który ma zostać ogłoszony 7 grudnia. ESRI uważa zresztą, że rządowi nie uda się przed 2015 rokiem obniżyć deficytu budżetowego państwa poniżej wymaganego przez Brukselę progu 3 proc. PKB.

Najważniejsza roztropność

Droga skrajnego etatyzmu doprowadziła do katastrofy Grecję, skrajnego liberalizmu – Irlandię. Okazuje się, że w gospodarce, podobnie jak w życiu, najlepsza jest droga środka. Poszły nią Niemcy.

Podczas gdy upadające kraje kolejny rok z rzędu odnotowują spadek dochodu narodowego, Niemcy mogą się pochwalić najwyższym tempem wzrostu od zjednoczenia. Republika Federalna zdołała jednak uniknąć zarówno błędu nadmiernego etatyzmu, jak i zupełnego oddania przez państwo kontroli nad gospodarką. Najpierw rząd Gerharda Schroedera, a potem Angeli Merkel na tyle ograniczył przywileje socjalne, aby zapewnić wysoką konkurencyjność niemieckiej gospodarce. Jednocześnie utrzymał na stosunkowo wysokim poziomie podatki, przez co uniknął drastycznego wzrostu deficytu budżetowego.

Przykład Grecji i Irlandii pokazuje, jak nie należy postępować, Niemiec zaś, gdzie iść nam wypada. Lenistwo jest równie szkodliwe jak skłonność do ryzyka. Pozostaje zatem stara dobra roztropność.